Wpis dodany: Październik 4, 2013 8:23 pm w kategorii:

Dostałam się na architekturę przypadkiem. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.

Zacznę od tego, że studia do niczego nie są mi potrzebne. W moim życiu zawodowym w tym momencie są wręcz bardziej przeszkodą, bo zabierają czas, w którym mogłabym klepać zlecenia, czy powrócić do pracy na etacie. Czuję jednak, że przez te dwadzieścia lat, życie zdążyło mnie zaprogramować tak, że po prostu potrzebuję: a) nadmiaru niekoniecznie niezbędnych prac do zrobienia, b) podobnej ilości materiału do tworzenia wokół aury hejtu absolutnego. Bardziej słownikowo można to zjawisko nazwać masochizmem.

Tak więc poszłam na studia. W liceum słyszałam, że po Plastyku będę kopać rowy, teraz słyszę, że sklepy Lidl czekają z otwartymi kieszeniami. A więc sytuacja życiowa na tle edukacji powraca do normy. Oczywiście cała reszta uległa ogromnej przemianie, ale to i tak musiałoby prędzej czy później nastąpić. Zdecydowanie prędzej niż później.

Druga sprawa, że obawiam się, że rezygnacja z dalszej edukacji mogłaby poskutkować zatrzymaniem się w rozwoju, a chyba nie ma drugiej równie desatysfakcjonującej rzeczy, jaka mogłaby się przytrafić. A kiedy ktoś jest takim leniem jak ja, to nawet mając stos wspaniałych ksiąg przed nosem, nie weźmie się za naukę zanim ktoś nie zacznie od niego tego wymagać. To chyba jakiś efekt uboczny szkolnictwa – kształci się w człowieku potrzebę zaganiania go do nauki, bo w przeciwnym razie popada w letarg i zaczyna mieć problemy w odróżnieniu przyjemności od konieczności i konieczności od niepotrzebności.

Przeglądając pół roku temu listę kierunków, wypisałam sobie na jednej ze styczniowych kartek kalendarza kierunki studiów, na jakie mogłabym pójść. Nie było tam architektury. Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy więc powstał taki pomysł, ale była to zdecydowanie spontaniczna decyzja i do końca nie wiem, czy słuszna – ale czy nie podobnie było z Plastykiem?

I dostałam się, przez przypadek. Inaczej nie jestem w stanie wytłumaczyć tego, że prawie wszyscy z roku to osoby, które były zdecydowane i zdesperowane, aby zostać architektami. Co sobotę jeździli na drogie kursy do dużych miast, na tygodniu uczęszczali na korepetycje z matmy, część brała udział w rekrutacji po kilka razy i za każdym kolejnym, z pełnym zapałem partycypowała w egzaminach wstępnych. A ja sobie tak przyszłam, bez przekonania, niepewna, czego chcę… i się dostałam. Tutaj powinny zazgrzytać zębami osoby, którzy solidnie przygotowywali się, aby się dostać i im nie wyszło. Ale tak już jest. W życiu zawsze tak jest, że jak ktoś o czymś głęboko marzy, to te marzenia się spełniają innej osobie – takiej, która ich obiekt potraktuje z lekceważeniem.

Grę „studia” rozpoczynam na levelu „hard”. Z okazji nie-chodzenia na kursy przygotowawcze, nie mam zielonego pojęcia o aksonometrii a w reakcji na geometrię wykreślną w moim mózgu włącza się obrona przed czarną magią. Matematyka ogarniana na szybko z Internetu (pomysł aby zdawać rozszerzenie z tego przedmiotu był niemniej spontaniczny niż decyzja o studiach) i zapomniana w większości jakoś tydzień po tym, jak nagle przestała być potrzebna jakoś nie gwarantuje mi dobrego startu – zwłaszcza w relacji ze zdaniem „nie używamy tablic matematycznych ani kalkulatorów”. Będzie trudno, ale co to za gra, w której leci się na kodach i poziomie „beginner”?

Po pierwszym tygodniu mam wrażenie, że będzie naprawdę ciekawie a groźba nie zaliczenia czegokolwiek (po raz pierwszy w życiu!) brzmi jak prawdziwe wyzwanie. Zapowiada się nadrabianie matmy, klejenie makiet i latanie do bankomatu aby wypłacić forsę na zakup dziwacznego cyrkla o ruchomej główce do rysowania kółeczek o średnicy dwóch milimetrów. Kupa okienek pomiędzy zajęciami i coraz to wymyślniejsze karteczki na tablicy koło dziekanatu dają szerokie pole do hejtingu, a kolejne prace domowe swoim ciężarem zapewniają, że najpewniej nie będę marnowała nadmiaru wolnego czasu na zastanawianie się, czy dzisiejszy dzień przeznaczyć na scrollowanie walla czy na scrollowanie walla.

A skoro już wrzucam wpis, to dodam na koniec kilka zdjęć z jesieni w Gdańsku:

Spodobał Ci się ten tekst? Podziel się nim z innymi!
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Email this to someone
  • Cóż za skromność.
    Fajna ta nano-żaba na robotniczych dłoniach.

  • Zal

    Moje studia (ETI na PG) były przydatne tylko i wyłącznie ze względu na ludzi, których poznałem. Nic więcej ;~; Może architektura będzie nieco bardziej rozwijająca.

    PS. Doktoranckie są jeszcze gorsze, bo nawet ludzi nowych trudno poznać.

  • Zal: Co to znaczy „ze względu na ludzi”? Robisz teraz z nimi interesy?

  • Zal

    @sprae: Ze względu na korzyści materialne i niematerialne wynikające z naszej znajomości. W drugą stronę to również działa.

  • Mam podobne wrażenie do Zala. Pisałem o tym na początku roku.

    Żałuję, że nie dałem sobie spokoju ze studiami po inżynierce. Widzę znajomych, którzy tak właśnie zrobili i to była chyba najlepsza decyzja, bo gdy ja szedłem pracować na etacie, oni mieli już 1,5 roku doświadczenia i zastanawiali się nad migracjami do większych ośrodków.

    To, jakim mitem jest „rozwój dzięki uczelni”, najlepiej pokazuje fakt, że gdy szukałem pracy, NIKT nie spytał mnie o wykształcenie ani go nie zweryfikował (broniłem się prawie 1,5 roku temu, a mój dyplom nadal leży na uczelni).

    Trochę dziwię się, że zasmakowałaś już pracy zawodowej na etacie i mimo tego zdecydowałaś się na studia. Chociaż może Zal ma rację – architektura może się znacząco różnić od IT. :>

  • eV

    @sprae:
    Nie skromność, tylko prawda. Ludzie naprawdę się męczyli, aby się dostać, a mi przyszło to z łatwością, jakbym składała papiery na jakąś socjologię czy inny kierunek tego typu. Nie chodziłam na kursy, ani korki – leciałam na tym, co wyniosłam ze szkoły. Nawet jakoś specjalnie się nie starałam. Chociaż z każdym kolejnym dniem nauki tutaj (tak, było ich pięć, strasznie dużo), coraz bardziej się przekonuję, jak fajny jest ten kierunek.

    @Zal, @Dandys:
    Ale dlaczego wszyscy patrzą na studia pod kątem tego, co one dadzą za te x lat? Lepiej popatrzeć na sam czas ich trwania. Jeśli się ogarnia wszystko, to dają satysfakcję i tak dalej. Dostarczają materiału z którego można się rozwijać, poganiają do tego, aby dać mózgowi sflaczeć od nieużywania. Praca na ogół tego nie daje, no chyba, że jest się jakimś programistą lub pracuje w innym zawodzie wymagającym mnóstwa wiedzy. Najczęściej to jest jednak tak, że siedzi się te 8 godzin i liczy do końca, aby wrócić do domu i żyć swoim stabilnym życiem, nie zmieniając nic. Te 3 miesiące na etacie (które także przyszły przypadkiem i ku wszelkiemu zdziwieniu) wiem, że nie mogłabym tak pracować. Może za młoda jestem, może nie mogę się pogodzić z jednostajnością życia i w tym tkwi sęk, nie wiem.

    Za to zdecydowanie jestem pewna, że nie poszłam na studia dla przyszłego zawodu, a po to aby dowiedzieć się masy ciekawych rzeczy i wzbogacić swoją wiedzę. Papierek nie jest mi tak potrzebny jak tym wszystkim studenciakom, które nie wiadomo po co poszły na studia. Nie będę płakać, jak nie dostanę potem pracy w zawodzie. Przecież wiedzę z architektury można wykorzystać w całej masie innych dziedzin. Po prostu chcę ją mieć. Na drugim miejscu na liście kierunków na studia miałam chyba informatykę. Jakoś nie widzę siebie w zawodzie informatyka, ale czemu by się nie nauczyć programować. Jako leń, potrzebuję jednak tego przymusu, bo sama nie jestem się w stanie za to zabrać.

  • eV: Jeśli będziesz miała czas i chęci to mogę dać ci korespondencyjny kurs kodowania. Właśnie mam okienko, bo jeden z mojej załogi geniuszy wybył na studia. Tylko musisz określić do czego dążysz, bo bez tego jest jak nauka w ogólniaku.

  • eV

    @sprae:
    Naprawdę nie trzeba. Gdyby znalazła się potrzeba nauki programowania, to źródło wiedzy mieszka ze mną w jednym pokoju. A ja ponadto jestem zbyt niepojętnym uczniem, aby tak „korespondencyjnie” cokolwiek z takiego kursu wynieść. Ale dzięki za propozycję.

  • Spoko :-)

  • BTW, jak to jest mieszkać z nerdem? Odezwał się chociaż raz? [hejt];)[/hejt]

  • eV

    @sprae:
    A bardzo dobrze. Nie każdy nerd ma wielkie trudności z oderwaniem się na chwilę od komputera czy innej elektroniki :D. Ale poza tym to wolałabym trzymać życie aż tak osobiste trochę z dala od tego bloga.

  • To przepraszam, ten suchy hejt sam się nasunął. Z nerdami jest wiele zabawnych sytuacji.

  • Ach, skąd ja to znam… Też w Gdańsku, też na politechnice, też z przypadku… A najgorsze jest to, że raczej nie dam sobie spokoju po inżynierze.

  • eV

    @Worm:
    Też nie zamierzam rezygnować :). Jeśli miałabym teraz zakończyć naukę, to musieliby mnie z korzeniami z PG wyrywać :D.