Wpis dodany: Listopad 4, 2013 5:42 pm w kategorii:

Jeśli ktoś mnie zna trochę lepiej niż jako osobę, która stała przed nim w kolejce do kasy w Biedronce, to najpewniej wie, że mam manię na punkcie artykułów papierniczych takich jak zeszyty, notesy, bloki z kartkami czy kalendarze. O ile nie przepadam za zakupami spożywczymi, ubraniowymi czy nawet obuwniczymi, to przed półką z zeszytami mogę spędzić dobre kilkadziesiąt minut tylko po to, aby wybrać sobie odpowiedni pod każdym względem brulion do matematyki. Gramatura, faktura, kolor papieru, kolor kratki, rodzaj okładki i szycie kartek – to cechy, które są dla mnie równoważne z ceną, a czasem nawet ponad nią. Rzadko za to zwracam uwagę na grafikę na przodzie – to w ostateczności zawsze można przerobić.

Ze wszystkimi swoimi wymaganiami stanęłam ostatnio przed opiewaną w reklamach półką z kalendarzami w jednym z najbardziej znanych sieciowych sklepów z między innymi artykułami papierniczymi. Biorąc do ręki kolejne egzemplarze, odrzucałam je, tracąc coraz bardziej nadzieję, że znajdę coś dla siebie. Porównując je do tego, którego używałam w roku 2013, żaden nie wydawał się równie idealny. A pomyśleć, że ten dostałam od mamy, więc w jego wyborze nie miałam udziału w ogóle.

No bo co powinno cechować idealny kalendarz? Przede wszystkim jego funkcjonalność. Nie ma więc nic gorszego niż umieszczenie całego tygodnia w wąskich kolumienkach na dwóch sąsiednich stronach. Każdy dzień powinien mieć swoją przestrzeń, zdania nie powinny się łamać co słowo czy dwa a marginesu powinno wystarczyć na ewentualne dopiski. Ostatecznie sobota i niedziela mogą być umieszczone na wspólnej stronie, gdyż na ogół podczas weekendów nie generuje się tyle informacji, co na tygodniu. Nawet jeśli ktoś zamierza zapisywać w kalendarzu jedynie listy zadań czy zakupów, zestawienie całego tygodnia w jednym miejscu może niepotrzebnie konfundować. Używałam kalendarza z takim układem w roku dwa tysiące ósmym albo dziewiątym i po krótkim czasie miałam go dość.

Kolejną bardzo istotną rzeczą jest kompozycja treści prezentowanej na każdej stronie. Zupełnie niezrozumiałym dla mnie jest dążenie do zapełnienia całej dostępnej przestrzeni niepotrzebnymi i przeszkadzającymi w użytkowaniu ramkami. Zamiast chwilę pomyśleć i zostawić te biedne linijki w spokoju, przystawia się wokół jakieś dziwaczne pola do wpisywania telefonów, terminarze godzinne na pół strony i specjalnie wydzielone miejsce na notatki, tak jakby pozostała część strony służyła do czegoś innego. W ogóle chciałabym kiedyś poznać człowieka, który używa „listy godzin” w swoim kalendarzu tak, jak miały być używane według zamysłu genialnych projektantów. Jedyne osoby, jakie przychodzą mi do głowy, to wyimaginowani pracusie z teczką w ręku, ustalający godziny spotkań i konferencji w swoim bogatym życiu zawodowym. Ktoś tego typu prawdopodobnie kupiłby Moleskine’a, a nie produkt Tesco Value.

Konstrukcja kalendarza idealnego to temat na kolejny akapit. O ile jestem w stanie sobie wyobrazić osobę korzystającą z harmonogramu godzinnego, to nie mam już zielonego pojęcia, kto tak zawzięcie wyrywa strony, aby dla ułatwienia tej barbarzyńskiej czynności specjalnie tworzono linie rwania. Nie trzymam kalendarza na podstawce w gablotce, tylko w torbie, gdzie często wszystko jest tak upchane, że prawo Murphy’ego działa ze zdwojoną mocą i jeśli cokolwiek posiada możliwość rozerwania się, to najpewniej to zrobi. Biorąc pod uwagę sposób „przechowywania”, od razu wiadomo, że kalendarz wielkości A4 byłby pomyłką a i A5 wydaje mi się zbyt duży. Nie pasuje mi również typ „kołonotatnika”, bo tego typu rzeczy lubią się zaplątywać w resztę zawartości torby, co potrafi spowolnić jego wyciąganie, kiedy trzeba coś na szybko zanotować. Tu jako duży plus pojawia się „języczek” do zaznaczania strony, choć wizytówki, ulotki i reszta makulatury spomiędzy stron w pełni mogą przejąć jego funkcję. Czy wspominałam, że okładka nie powinna mieć gramatury papieru typu ksero?

Czy kolorystyka jest ważna? Ktoś niezainteresowany mógłby pomyśleć, że zwracając uwagę na ten aspekt, będę miała na myśli barwę okładki. Nic bardziej mylnego. Najważniejsza jest przecież zawartość. Papier biały jest w porządku, ale lekko żółtawy zdecydowanie lepiej współpracuje z długopisem. Natomiast jeśli kolor „tła” jest zbyt ciemny, notatki napisane niebieskim żelopenem aż zniechęcają do ich rozczytywania. Kupując jakieś zeszyty, zawsze zwracam uwagę, aby kratki bądź linie nie były zbyt ciemne. Wolę już nawet ich brak, niż męczenie się z próbą odjęcia ich wizualnie, aby widzieć swoje własne pismo spod nich. Na szczęście w większości kalendarzy linie są lekkie, czasem nawet w ich miejscu pojawia się rząd delikatnych kropeczek. Zdążyłam się już jednak na jednym ładnie zapowiadającym kalendarzu zawieść, widząc ciemne paski jak z notesu ze sklepu „Wszystko po 4 złote”. Bardzo istotnym jest, aby kartki nie były przezroczyste. Jeśli piszę notatkę w środzie, to znaczy, że potrzebuję jej jedynie tego dnia, a lustrzane odbicie na stronie czwartku jest niedopuszczalne. Długopisu się w sklepie nie przetestuje, ale jeśli spokojnie mogę, przykładając jedną kartkę skośnie do drugiej, rozczytać dane z tej pod spodem, to już jest zły znak.

Zawartość każdej strony powinna być potraktowana wybiórczo, minimalistycznie. Numer kolejnego dnia, nazwa miesiąca, imieniny, liczba oznaczająca, którym dniem roku jest ten na stronie i ile do końca pozostało, ewentualnie godziny wschodu i zachodu słońca i starczy. Nie potrzebuję odmiany dnia tygodnia przez przypadki czy jego nazwy we wszystkich językach świata. Horoskop również mnie nie interesuje. W kalendarzu, którego używam teraz (2013) mam ponadto na każdej stronie pół roku w cyferkach na dole, róg do wyrywania i „jakby-zakładkę” na boku, wskazującą na miesiąc. Te elementy omijam wzrokiem i uważam, że niepotrzebnie zajmują miejsce. Nie przeszkadzają mi jednak i rozumiem, że ktoś może z tego korzystać.

No i oczywiście nie można zapomnieć o pierdołach powypisywanych na początku i końcu kalendarza. Mapka koło okładki, adresownik, kilka różnorakich kalendarzyków rocznych, wybrane jednostki, przelicznik odległości, miasta i ich stolice, strefy czasowe i tak dalej. Te parę stron więcej, i to takich o których łatwo zapomnieć, a mogą okazać się zbawieniem, kiedy okazuje się, że opóźnienie pociągu, na który czekasz wyniesie półtora godziny akurat w dniu, kiedy nie masz ze sobą żadnej literatury, a wszystkie plansze sudoku w telefonie masz już dawno za sobą. Do przydatnych stron dorzucę także terminarze miesięczne przed każdym pierwszym oraz miejsce na „plan lekcji”. Jeden, góra dwa i to na cały kalendarz – a nie na każdej stronie :).

Mam jeszcze dwa miesiące na znalezienie kalendarza idealnego, więc nie muszę się spieszyć. Po prostu chciałam wyrazić lekki zawód ofertą wielu sklepów. W końcu od tego są blogi – aby dać upust refleksjom, które tak naprawdę i tak prawie nikogo nie obchodzą. A tak à propos:

Spodobał Ci się ten tekst? Podziel się nim z innymi!
Share on Facebook3Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Email this to someone
  • Ja jestem fanem kalendarzy Bellony i od kilku lat korzystam z Reno, na rozkładówce jest cały tydzień i miękka okładka co daje bardzo lekki i wygodny kalendarz. Jak to za mało to jest też Tepol gdzie mamy mniejszy format ale więcej stron bo tydzień jest na dwóch rozkładówkach. No i największy czyli Tewo po stronie na dzień. Tewo i tepol są kalendarze wojskowe ale po Bellonie to raczej się można tego spodziewać :) więc pełno tabelek planów rozkładów itede. Przy czym nie są drogie jak na to jak są wydane.

  • eV

    @daromar:
    Reno jest dla mnie stanowczo za mały, a w Tewo nie podoba mi się ta dziwaczna pusta przestrzeń przy każdym dniu. W Tepolu podobny zabieg tak nie przeszkadza, choć nie wiem, czy zmieściłabym się ze swymi często wylewnymi notatkami w tak małej przestrzeni przypadającej na każdy dzień. Niemniej jednak wszystkie trzy wyglądają o wiele lepiej niż większość tego, na co się do tej pory natykałam w sklepach.

  • @eV No właśnie dla mnie Reno jest idealny bo w kalendarzu nie pisze zbyt dużo a tylko daty/miejsca/osoby a przy tym jest bardzo lekki, ma wygodny format i mogę go mieć zawsze w torbie. Nie to co kalendarz National Geographic, który jest zdecydowanie za duży, za ciężki i za drogi. No w takim razie życzę powodzenia w dalszych poszukiwaniach.

  • eV

    Kalendarze National Geographic zwróciły moją uwagę tym, że są tak przepiękne a tak nieużyteczne. Gdyby nie były takich olbrzymich gabarytów, a byłyby pomniejszoną do A6 wersją, to być może bym się skusiła (zwłaszcza, że na Allegro można je znaleźć w o wiele niższej cenie niż w sklepach).

  • No wydane są naprawdę bogato, ale jak zauważyłaś są żenująco niepraktyczne. Nie za bardzo rozumiem dlaczego są wydane w aż tak luksusowy sposób. Jedyne zastosowanie to żeby sobie leżał na biurku i ładnie wyglądał, chociaż może właśnie o to ma chodzić…

  • A dla mnie idealny kalendarz to właśnie taki z całym tygodniem na dwóch stronach, aby od razu widzieć pozostałe dni bez potrzeby wertowania kartek :)

  • eV

    @Mama Ka:
    Ale taki z układem kolumienkowym, czy jednym dniem pod drugim? Bo jeśli to pierwsze, to podziwiam, że nie przeszkadza Ci pisanie w tak wąskiej przestrzeni.

  • Wszystkie zdjęcia Twoje? Po podobieństwie charakteru pisma wnoszę, że tak. W takim razie… uwaga… spraw sobie po prostu najmniejszy kalendarz i przejdź na GTD albo upchnij wszystko w jednym kawałku softu, osobiście polecam Viirę, w ostateczności evernote [nie korzystałem, ale ponoć też się nada].

    Dlaczego NIE papierowy kalendarz?
    1. Po Nowym Roku czeka Cię przepisywanie niezałatwionych spraw [a i to przy założeniu, że nie wpisujesz tam telefonów]…
    2. … co prawdopodobnie i tak robisz z większą lub mniejszą częstotliwością w ciągu roku z dnia na dzień w odniesieniu do rzeczy, które planowałaś zrobić, a których zrobić nie zdążyłaś…
    3 … mniej lub bardziej świadomie frustrując się z tego powodu…
    4 … tracąc dodatkowo zapewne niepotrzebnie czas na grzebanie w kalendarzu w poszukiwaniu zupełnie nieistotnych w danej sytuacji / kontekście rzeczy.

    Przeczytaj i zastosuj przynajmniej przez miesiąc „Getting Things Done”, powiadam. Jeśli to naprawdę zastosujesz w przemyślanym systemie… cóż, po kilku latach stosowania GTD nie wyobrażam sobie „powrotu” do konwencjonalnego kalendarza. Polecam, naprawdę.

  • [hejt]Nie znasz się, trolero ;)[/hejt] Papierowy kalendarz jest na tyle specyficzny, że używanie go jest nieomal mistyczne – różnica między nim a wersjami elektronicznymi jest prawie taka, jak między wąchaniem papierowej książki i czytaniem na kindle’u.

    Papierowe kalendarze mają pewną grupę odbiorców (tu już teoryzuję niczym docent), która nie potrzebuje koniecznie GTD i nie martwi się aż tak bardzo przepisywaniem, frustrowaniem, traceniem czasu. Owszem, jeśli komuś zależy na „efektywności”, to będzie skręcał w tę stronę, ale papierowe kalendarze nadal będą potrzebne.

    Poza tym zgadzam się z eV, kalendarz musi mieć każdy dzień na osobnej stronie, jak najmniej udziwnień (przez udziwnienia rozumiem: tu zapisz telefon, tu zapisz spotkanie, tu zapisz adres e-mail, tu wyrwij narożnik, tu cały miesiąc i jeszcze poprzedni i następny, tu nazwa dnia tygodnia, miesiąca w fafnastu językach, tu miejsce na dodatkowe notatki, tu rozwiąż sudoku, tu przeczytaj sentencję, tu sprawdź fazę księżyca, znak zodiaku, horoskop i biomet szefa chińskiej mafii, tu przeczytaj śmieszny komiks, tu połącz kropki, tu rozwiąż mały obrazek logiczny, tu miejsce na cholera-wie co), jak najwięcej przestrzeni na bazgroły, lekko kremowo-żółty odcień papieru, delikatne linie niezbyt kontrastujące z papierem. I jeszcze przydałyby się tasiemki jako zakładki, bo tak.

    PS Kindle’a (i ogólnie czytniki z ekranem e-ink) uważam za genialny wynalazek, stokroć lepszy od telefonu komórkowego. I (mimo tego co pisałem wyżej o mistyce) wolę czytać na nim, a książki papierowe powoli odkładam na pawlacz.

  • eV

    @torero:
    Nie wiem, czy Cię zaskoczę, czy nie, ale używam od jakiegoś czasu evernote’a i nie jest on w stanie mi zastąpić kalendarza ani notesu. Nie wyobrażam sobie, jak mogłaby wyglądać aplikacja, której by się to udało. Notatnik-terminarz po prostu musi mieć przestrzenie, które można zapisywać jak najbardziej swobodnie, łatwe w znalezieniu, nawet pomimo ich liczby. Kalendarz musi być niezawodny, a tego nie gwarantuje rozładowywująca się co chwila bateria telefonu. Tak właściwie to takiej appki używałam jedynie, kiedy np. przypomniało mi się coś w środku nocy, a telefon akurat leżał pod ręką, jako że jest moim budzikiem.

    Po Nowym Roku czeka Cię przepisywanie niezałatwionych spraw

    A to jest bardzo dobra okazja to przypomnienia sobie zaległości, zastanowienia się nad tym, czy zadania, które się sobie wyznaczyło, rzeczywiście powinny zostać wykonane, czy jedynie są swoistymi filerami na liście zadań i tak dalej.

    co prawdopodobnie i tak robisz z większą lub mniejszą częstotliwością w ciągu roku z dnia na dzień

    A co dodatkowo jest mobilizacją, aby tych zadań się pozbyć i jednocześnie zmniejsza szansę ich zapomnienia.

    GTD brzmi spoko, ale nie dla mnie.

    @zammer:

    różnica między nim a wersjami elektronicznymi jest prawie taka, jak między wąchaniem papierowej książki i czytaniem na kindle’u

    Ta różnica jest o niebo większa, niż czytanie papierowej książki i czytanie na Kindle’u. W przypadku książek tracisz zapach, szelest papieru, poczucie obcowania z książką, a w zamian dostajesz coś funkcjonalnego, praktycznie niezawodnego. A jeśli masz tak jak ja, że w życiu nie dopuściłbyś się zanotowania czegokolwiek na marginesie, podkreśleniu linijki itd., to Kindle umożliwia „zanotatkowanie” bez uszczerbku na literaturze.

    Z kalendarzami jest większy problem. Tutaj zdecydowanie bardziej funkcjonalny jest taki papierowy – choć czasem przydałaby się ramka „szukaj” czy świecenie w ciemności. Poza tym papierowy kalendarz daje o wiele więcej możliwości, jest szybszy, nie wymaga ładowania, a rysowanie schematów i szkiców na jego stronach nie jest czymś, co wymagałoby przygotowywania grafiki w osobnym programie. Myślę, że osoby, które nazwałeś grupą docelową takich kalendarzy to ci, którzy albo mają problemy z pamięcią, albo ci, którym zależy bardziej na tym, aby żaden szczegół nie umknął – chociażby tym szczegółem miała być jakaś zupełnie abstrakcyjna myśl.

    W przedostatnim akapicie opisałeś mój idealny kalendarz, którego szukam :).

  • W przedostatnim akapicie opisałeś mój idealny kalendarz, którego szukam :).

    To po cichu dodam, że trzeba by zebrać grupę ludzi, którym by coś takiego odpowiadało, znaleźć jakąś drukarnio-introligatornię, która nie zdarłaby z tych ludzi ostatniego grosza i zamawiać coś takiego rokrocznie w niskich nakładach. Na pewno znalazłaby się grupa chętnych, którzy takie coś by kupili, nawet trochę (trochę, trochę – trochę to nie znaczy bardzo) przepłacając względem tego, co jest w sklepie. A może z czasem taka grupa ludzi by się rozszerzała i byłby z tego niezły interes dla producenta?

  • eV

    @zammer:
    Jeśli coś takiego dałoby radę, to zaprojektowanie kalendarza idealnego nie byłoby problemem. Gdyby jeszcze w miejsce tych gówienek na końcu dać treści najprzyjemniejsze dla ludzi, których przedłużeniem ręki jest klawiatura, to może nawet zebrałaby się taka grupka :D. Problemem byłoby tylko znalezienie czasu na zarządzanie zasobem ludzkim osób chętnych w tym brać udział, tj skonsultowanie tego tak, aby każdy był zadowolony.

  • @eV & @zammer_lizusek :P
    1. Nie upieram się przy narzędziach elektronicznych – może tak wyszło z kontekstu. Dla mnie po prostu notowanie na smartfonie jest wygodniejsze, a jeśli wyjeżdżacie mi z zawodnością baterii… cóż, kwestia używanego hardware. W życiu nie kupiłbym urządzenia, gdzie bezbateriowy czas normalnego użytkowania oscyluje dokoła 24h. Choć ładowarka indukcyjna jest w tej kwestii naprawdę „czarnym łabędziem”.
    2. GTD nie wyklucza kalendarzy całkowicie – w tej koncepcji po prostu kalendarz [mniejsza chwilowo o nośnik] służy TYLKO I WYŁĄCZNIE do notowania *terminów spotkań*. Rzeczy, które trzeba zrobić, wędrują po prostu wpierw do inboxa, a później do odpowiednich projektów / kontekstów. Nie bardzo wyobrażam sobie efektywność rozwiązania, gdzie do zrobienia czegoś w miarę złożonego musiałbym przegrzebywać cały kalendarz w poszukiwaniu rzeczy / zasobów do zrobienia tegoż.
    2a. No i po co mi było wyrywać się z tym evernote’m? Nie znam, więc się nie wypowiem… :)
    3. A już zupełnie nie ogarniam podnoszenia kalendarza do rangi mistycznej. Efektywnej / ergonomicznej owszem, ale „mistycznej”? Mistycznie to ja się mogę bimbru napić.
    4. eV: IMO mylisz mobilizację do działania z mniej lub bardziej świadomą presją na zrobienie czegoś. To rozróżnienie z gatunku „nie doświadczysz – nie zrozumiesz”. Różnica jakościowa pomiędzy systemem, o którym WIEM, że od rzutu oka na wszystkie notatki w danym projekcie / rzeczy możliwe do zrobienia tu i teraz [i tylko tu i tylko teraz] dzieli mnie klik, a imitacją systemu, gdzie część rzeczy wychodzi przy przepisywaniu kalendarza, część siedzi w głowie, a reszta nie wiadomo gdzie, jest po prostu nie do opisania teoretycznie – z im większego zakręcenia przechodzimy, tym jeszcze większa. Sprawdzone osobiście.
    5. Łatwość znalezienia informacji? Cóż… zawsze mi się wydawało, że wyszukiwanie informacji jest techniczne łatwiejsze do opanowania elektronicznie.
    6. Zawodność sprzętu? Czyżbyś co jakiś czas kserowała swoje kalendarze? Bo ja backupy komórki staram się robić regularnie.
    7. Mózg NIE SŁUŻY do pamiętania zadań. Służy do ich analizy i rozwiązywania. A dla mózgu nieuświadomiony balast rzeczy, o których w sytuacji braku ZAUFANEGO systemu musimy pamiętać wbrew sobie, jest naprawdę olbrzymi. Jeszcze jedno doświadczenie z gatunku „nie doświadczysz – nie zrozumiesz”.

    A tak z ciekawości: wiecie w ogóle, o co kaman w GTD / próbowaliście przez parę tygodni, czy intuicyjnie odczuwacie, że Wam z tym nie będzie dobrze? :D

    Poczytajcie Allena i spróbujcie przefunkcjonować w nim 3-4 tygodnie po rzeczywistym wdrożeniu systemu. Wartość oczekiwana takiej operacji wydaje się być znacznie większa od zera. Taka dobra rada z internetów.

  • @ev można się tez rozejrzeć wśród drukarni które robią kalendarze indywidualizowane do firm. Ile by kosztował taki bez żadnej indywidualizacji albo zapytać czy zostały im jakieś pojedyncze egzemplarze z poprzednich zleceń.

  • doskonale Cie rozumiem, zarówno w temacie wybierania zeszytu, jak i kalendarza.
    raz w życiu miałam kalendarz idealny, format tzw. kieszonkowy, tzn. mniej więcej taki jak kalnendarze które są dodawane do popularnych pism, niby mały, ciężko tam notowac, ale mogę go zawsze ze sobą zabrać- większe się nie sprawdziły, zawsze zostawały w domu i umierały śmiercią zapomnienia
    papier w środku nie może być śliski, bo cienkopisem już nic nie napiszesz, wszelkie porady, horoskopy itd tylko zwiększają grubość kalendarza co mnie wkurza niesamowicie
    i dobrze jak kalendarz ma gumeczkę, która jakby go zamyka i dzięki temu trzyma w kupie wszystkie karteczki, które w nim kolekcjonuje

    w tym roku postanowiłam darować sobie zakup kalendarza, bo jestem bardziej online niż offline ostatnio i kalendarz google sprawdza się dla mnie idealnie, a i smsem przypomni o ważnych rzeczach :)

  • eV

    @torero:

    Nie upieram się przy narzędziach elektronicznych

    Ale ja wcale tak nie twierdzę. Ja jedynie przedstawiam swój punkt widzenia i swoje wymagania odnośnie „przechowalnika informacji”.

    Odnośnie pkt. 4: okej, ja rozumiem, że przepisywanie to tak naprawdę żadna mobilizacja. To raczej działający w moim przypadku efekt placebo. A że jakoś pomaga, to go stosuję, bo czasem przynosi lepsze efekty niż te wszystkie sposoby opisywane na śmiesznych stronach razem wzięte.

    5 i 6: kalendarz nie jest bez wad, ale o tym pisałam wyżej. Nie potrzebuję jego miliona kopii a i raczej nie mam problemów ze znalezieniem w nim czegokolwiek, nawet jeśli tak jak teraz jest prawie w całości zapisany. Nigdy nie miałam trudności z przypisywaniem informacji do czasu i miejsca ich pojawienia się.

    Mogę wypróbować ten GTD i nawet napisać słit relację z używania tego czegoś – czemu nie. Nie zmienia to faktu, że papierowy kalendarz nadal będzie mi potrzebny, choćby nie wiem jak bardzo go jakakolwiek appka zastąpiła. A teraz zaczęłam się zastanawiać, czy rozmowa o GTD dotyczy samej metody, czy wykorzystania jej, korzystając z jednej z appek od tego. W jaki sposób z niej najwygodniej korzystać?

    @daromar:
    To już za dużo roboty średnio przyjemnej. Jednak lubię przeglądać te półeczki w Empikach. Taka naturalna radość.

    @Agata vel Kurczak:
    Takiego z gumeczką to chyba jeszcze nigdy nie miałam, a jakoś nie zdarzyło mi się, aby coś mi z kalendarza wypadło. Najstarsze karteluszki są z początku roku, a jeszcze jakoś się trzymają. Co więcej, trochę się obawiam, że w wielu przypadkach ta gumeczka się rozciągnie po chwili i tym samym straci swoją funkcję.

    Kalendarza Google używałam przez chwilę i nie mogłam się jakoś przyzwyczaić. Obecnie mam w nim jedynie wydarzenia z Google+ i nic więcej. Ale każdy człowiek ma inne wymagania i zapewne dla wielu taka opcja jest idealna.

  • @eV: przed przejściem do narzędzi warto jednak poznać samą metodę. Bo można korzystać np. z takiej Viiry, ale bez znajomości systemu swobodnie można jej używać całkowicie niezgodnie z przeznaczeniem :D Dlatego więc sugerowałbym wpierw jednak lekturę Allena.

    Jak wspomniałem, znam kilka osób podobnie zafascynowanych GTD, które otrząsają się z obrzydzeniem na widok elektroniki, pozostając przy kalendarzach / notatnikach. DGCC.