Wpis dodany: Listopad 7, 2014 8:08 pm w kategorii:

Nietransparentnie – a wcześniej eV’s blog – powstało jako odskocznia. Nie z chęci przekazania czegoś światu, a w celu wyrzucenia tego z głowy zbyt ciasnej. A potem minęło pięć lat. Przez prawie ćwierć mojego życia towarzyszył mi ten blog, a był to tylko jeden z wielu – ten ostatni.

Blogi tak mocno zmieniły swoje znaczenie przez ten czas. Kiedyś osobiste pamiętniczki, teraz prawie portale lub serwisy internetowe. Z małych sklepików z refleksjami przekształciły się w galerie handlowe (a w niektórych przypadkach w podmiejskie targowiska). Nie uważam, że to źle. Świat idzie do przodu więc smutno by było tak nie dotrzymać mu kroku. Lepiej się dostosować.

Jednak mój blog się nie dostosował w pełni. Pisząc go, podążam zupełnie inną drogą niż coraz większy procent blogerów. Czytam o współpracy z firmami, o marce osobistej, o promowaniu… i nie mogę, nie potrafię tego odnieść do siebie. Przecież przez ponad połowę czasu tworzenia treści tej strony zachowywałam pozorną anonimowość. Brak nazwiska w nagłówku, zdjęcia przy każdym poście – to takie staromodne. A jednak chcę się izolować od tego co piszę; chyba dlatego, że piszę zbyt osobiście, za intymnie, w mieszance z wciąż sklejaną klejem do papieru pewnością siebie. I nie umiem kłamać.

Dowiedziałam się o tym, kiedy zachciało mi się wtopić w nową blogosferę. Kilka wysłuchanych prezentacji i zrozumiałam, na czym polega niepopularność mojego bloga. Jednocześnie upewniłam się, że nie chcę jednak go upowszechniać aż tak bardzo. Zwłaszcza takim kosztem.

Nie chcę pisać, że wiem co myśli połowa społeczeństwa, podczas gdy nie wiem. Wolę nie udawać, że już teraz mam informacje o czytelnikach bloga i wiem, jakich 10 rzeczy o jakimś zagadnieniu na pewno nie wiedzieli. Przez jakiś czas starałam się, aby moje posty były czytane, ale sprowadzało się to albo do wiecznego kasowania kolejnych akapitów, albo do upubliczniania czegoś, co w moich oczach nie było perfekcyjną wizytówką. Takie półśrodki chyba przyniosły więcej strat niż zysków – jednak chyba warto było spróbować pobawić się w prawdziwego blogera.

Tak, pobawić się – bo bloger powinien być pewny siebie. Nie używać określeń typu „myślę, że/przypuszczam„. To jego pałac, on tu jest szefem i każde słowo domyślnie należy traktować jako subiektywną opinię – nawet jeśli na taką nie wygląda. A ja tak nie mogę. Dla mnie czytelnik strony jest gościem i przypuszczam, że myślę, że nie chcę nim zawładnąć. Nie za pomocą słowa, które tak łatwo zniekształcić, zinterpretować inaczej. Albo wcale – bo jak ludzie czytają obecnie to przypuszczam, że myślę, że wie każdy. Nagłówek, obrazek, słowa wytłuszczonym drukiem i zjazd do komentarzy. Już wiem, jak będzie wyglądał Internet przyszłości i który z wymienionych w poprzednim zdaniu element będzie stanowił tę różnice pomiędzy nim a współcześnie najczęściej kupowaną prasą.

A ja za bardzo chcę po swojemu. Kamykami i patykami, żadnych prefabrykatów. Sklepik z refleksjami a nie moloch z wielkiej płyty – bo nie ma nic bardziej szczerego niż autohipokryzja. Pasuje do pięcioletniego prowadzenia własnego bloga przez osobę, której odpowiedzialność za coś bardziej typowego (zwierzaka, dziecko, osoby niższe rangą w jakiejś firmie) prawdopodobnie zgasłaby po tygodniu. Choć nie wiem i nie chcę sprawdzać. Nie dlatego, że się boję, a ponieważ nie chcę wpływać na cudze życie. Nie lubię zakładać rękawiczek, żadnego koloru. Niewygodnie się w nich pisze.

Niewygodnie się w nich pisze dużo.

Czy w pełni współczesny człowiek więcej pisze niż mówi? Od lat słyszę opinie, że wśród obecnych ludzi młodych sztuka pisania zanikła. Ja się z tym nie zgodzę i na pewno poprze mnie każdy, kto kiedykolwiek próbował coś znaleźć w archiwum dyskusji pisanej – nawet z jednej rozmowy! Nie jestem w stanie uwierzyć, że ktokolwiek przed epoką cyfryzacji był w stanie tym swoim piórkiem wybazgrać tyle słów, co teraz w Sieci nie robi na nikim wrażenia. To jeśli chodzi o ilość, a jakość… jakość jest pojęciem zbyt abstrakcyjnym do porównania.

Tekstami nieokreślonej więc jakości zasypywałam Internet przez pięć lat. Nie wiem, czy on tego chciał, ale tak właściwie to nie miał nic do powiedzenia. Cieszę się jednak, że to robiłam. Podczas gdy treści zaczynają się skupiać w pojedynczych miejscach, blogi wciąż pozostają ostoją niezależności. Jest niby ta winda w postaci profilu na Facebooku, jednak prowadzi ona do samotni. Może to właśnie jest tym najważniejszym czynnikiem wzrostu blogosfery – chęć posiadania takiego swojego kącika.

Mój kącik, z patyków i kamyków, trochę się rozrósł. Czasem go zaniedbuję, nie piszę całymi tygodniami; lecz bynajmniej nie zamierzam go skasować. Pomimo, że nie jest to już taki pamiętniczek jak kiedyś (i zdarza mi się tęsknić za tym swobodnym laniem wody, bez czytania przed publikacją i z myślą, że i tak nikt tego nie przeczyta), nie mogłabym się pozbyć tej… części mnie.

Na zakończenie, kilka zdjęć naprawdę pięknej jesieni w Gdańsku. Kiedyś znienawidzonej, obecnie mojej ulubionej pory roku.

Spodobał Ci się ten tekst? Podziel się nim z innymi!
Share on Facebook8Tweet about this on TwitterShare on Google+5Pin on Pinterest0Email this to someone
  • Widzę, że mamy podobne podejście do prowadzenia bloga. Co prawda lubię współpracować z markami czy wydawnictwami, ale są to zawsze przemyślane propozycje i nigdy nie są nastawione na mój zysk. Chcę pomóc jakiemuś autorowi czy sklepikowi z fajnymi produktami wybić się i zarobić godziwe pieniądze na swojej pasji. Po prostu już tak mam. I pewnie nigdy nie będę zarabiać na swoim blogu, ale nie żałuję. Mój blog nadal jest moim kącikiem, troszkę mniej prywatnym, ale zawsze moim miejscem, choć niekiedy przytłacza mnie presja jaką odczuwam wobec siebie, bo chcę więcej i chcę lepiej blogować, bo naprawdę to kocham. Kiedyś usłyszałam pewne zdanie, że nie można z pasji zrobić zajęcia zarobkowego na życie, bo straci się całą miłość do niej. Zgadzam się w stu procentach. Przekonałam się o tym na własnej skórze, próbując być pełnoetatowym fotografem. I tak jest z moim blogiem, moją ostoją. Nie zmienię tego miejsca w portal wypełniony reklamami i postami sponsorowanymi. Po prostu nie ma takiej opcji :)

    Zaglądam do Ciebie często, ale więcej milczę, niż piszę. Myślę, że czas to zmienić, bo stałaś mi się w jakiś sposób bliższa, za co Ci dziękuję :)

    • eV

      Dziękuję za ten ciepły komentarz :). Doskonale rozumiem Twoje motywy przy podejmowaniu

      współpracy ze „start upami” – jeśli jest to coś, co Ci się podoba, to pisanie o tym jest trochę jak promowanie miejsc, pogody, zjawisk. Po prostu pokazujesz, że jesteś do tego pozytywnie nastawiona.
      Co do presji podczas pisania – mam tak samo. Ale myślę, że to jedynie kolejny etap, podniesienie sobie trochę wyżej poprzeczki, może nawet w pewnym sensie dojrzałość bloga (jakkolwiek to brzmi).
      I ostatnia rzecz – również mam podobne zdanie co do łączenia pasji z zawodem. Tyle razy słyszałam, że jak się lubi swoją pracę, to nigdy tak naprawdę nie trzeba pracować. Tak, ale lubić a traktować jako pasję to dwie różne sprawy. Ja dla przyszłych zarobków kształcę się na architekta (co naprawdę bardzo lubię i co sprawia mi przyjemność), ale moim hobby jest sztuka, głównie malarstwo. Wiem, że na nim nie zarobię nic przed śmiercią, więc traktuję to jedynie jako rozrywkę.

      • Dokładnie tak, ja ciągle szukam jakiegoś punktu zaczepienie, by móc zarabiać godziwe pieniądze i by mi to sprawiało przyjemność. Choć to też dużo zależy od ludzi, z którymi będę pracować :D

        Co do bloga, to na pewno chciałabym wejść na wyższy level, staram się doskonalić, ale czasem sama dla siebie jestem zbyt krytyczna :D

        Cieszę się, że jesteś :)

        • eV

          No to można powiedzieć, że idziemy tą samą drogą :) Jak dobrze nie maszerować w samotności.

          • Też się z tego cieszę :)

  • Z moich obserwacji wynika, że podjęcie współpracy z firmami to zwykle pierwszy krok do przemiany bloga w wieszak na reklamy, więc lepiej nie iść tą drogą, a jak już, to bardzo ostrożnie i z rozmysłem. Również bliższa jest mi idea bloga jako własnego kącika w sieci, niż jako narzędzia do zarabiania. Tak czy siak, życzę żeby kolejne pięć lat było co najmniej równie udane jak pierwsze:-).

    • eV

      Również nigdy nie traktowałam swojego bloga jako źródła przychodów. Dostałam kilka ofert współpracy, ale musiałam wszystkie odrzucić, bo trochę nie pasuje mi umieszczanie w jakimś wpisie linku do wyszukiwarki restauracji czy czegoś równie niezwiązanego z tematem. Nie jestem jednak zupełnie zamknięta na współpracę – gdyby ktoś np zaoferował mi coś, co chociaż luźno mieściłoby się w tematyce bloga, czyli np. zestaw jakiś fajnych pisaków (promarkerów chociażby), bilet do kina czy kilka książek, to myślę, że nie miałabym nic przeciwko poświęceniu jakiegoś wpisu na recenzję. Albo gdyby już ta wyszukiwarka restauracji opłaciła mi czynsz za mieszkanie w danym miesiącu – też mogłabym taką współpracę wziąć pod uwagę. Nie będę jednak śmiecić sobie na stronie dla zysku, który nawet nie pozwoli mi przeznaczyć czasu pracy w danym miesiącu na lepsze wpisy na blogu.

  • Ja dopiero teraz stawiam moje pierwsze kroki w blogosferze – choć blogów już trochę było, głównie prywatnych, niektóre z wierszami, inne z wielkimi przemyśleniami o tym, jaki jest sens życia i porannego prysznica. Od kilku miesięcy piszę nieśmiało bardziej publicznie. Sama nie wiem, dokąd mnie to zaprowadzi. Zaczęłam zachodzić z ciekawości na jakieś ponoć „popularne” blogi, choć takie one popularne, że w ciągu mojego nie aż tak krótkiego życia ani razu nie obiły mi się o uszy aż dotąd. I w sumie chyba niczego nie straciłam. Masz rację, upowszechnianie bloga ma swoją cenę, a ja kapitału miłości własnej aż tak nie chcę uszczuplać. Była taka reklama kiedyś, abstrahując od jej przedmiotu, idea podobała mi się bardzo: „Piszę Sobie…”. Piszę sobie i tyle, pięć lat, kilka miesięcy, bo tak chcę. Bo w sumie to tylko ja będę budziła się rano ze sobą przez całkiem sporo jeszcze dni (założenie odważne, acz warunkowe).

    Piękne zdjęcia. Jesień w Polsce to moja ulubiona pora roku, trochę mi jej teraz brakuje, ale cóż, taki czas. Dziękuję Ci w każdym razie :)

    • eV

      Bardzo przepraszam za tak późną odpowiedź, jestem naprawdę zabiegana w ostatnim czasie.
      Myślę, że blogi nigdy nie miały zostać czymś „poważnym”. Było to bardziej na zasadzie „mam 14 lat i prowadzę swoją własną stronę internetową” – może i bez społeczności, bez kont do zarządzania nimi i bez tego całego hałasu o kreowaniu marki osobistej i tak dalej. A teraz to się robi coraz bardziej otwarte na świat i łatwo sprawić, że przestaje to być szczerym miejscem dla siebie a zaczyna być wizytówką upiększoną, wypucowaną, jak reklama po korekcie. Jest przez to sztywniej, ale przynajmniej ładniej w Internecie.

  • Pingback: Karnawał Blogowy #12 - Bobrownia()