Wpis dodany: Wrzesień 23, 2015 12:29 pm w kategorii:

Mój wyjazd na Copernicon zaplanowałam już w połowie wakacji. Coraz rzadziej odwiedzam konwenty i zaczęło mi trochę brakować tego fantastycznego zgiełku. Zwłaszcza po tegorocznym Jagaconie, na który zajrzałam przy okazji odwiedzenia domu rodzinnego. Chwilę później, w Gdańsku odbywał się Baltikon, jednak jego program nie był w stanie mnie przekonać, zwłaszcza w towarzystwie dość odstraszającej ceny. Wtedy postanowiłam, że wybiorę się na jakiś inny konwent i co więcej, zgłoszę na niego swój punkt programu. Brakowało mi konkretniejszego pomysłu, jednak zbyt wiele razy żałowałam, że nie uczestniczę trochę bardziej aktywnie w imprezie tego typu. Wtedy dowiedziałam się o Coperniconie, odbywającym się w Toruniu w drugiej połowie września, czyli już po mojej nieszczęsnej sesji poprawkowej. Zarówno termin, jak i miejsce, pasowały mi idealnie, a kiedy poczytałam trochę więcej, zrozumiałam, że absolutnie muszę tam pojechać. I pojechałam. A co widziałam i słyszałam, wpis ten wszystko Wam opowie.

Piątkowym porankiem, przemierzałam busem malownicze tereny, w doborowym towarzystwie gracza-blogera, erpegowca oraz pisarki fantasy. Pogoda była idealna i wszystko zapowiadało, że najbliższe kilkadziesiąt godzin utworzy same pozytywne wspomnienia. Dzięki nadmiarowi czasu przed oficjalnym rozpoczęciem imprezy, mogłam zobaczyć kawałek Torunia – malowniczego miasta, wręcz idealnego do spacerów. Potem nagle wybiła godzina szesnasta, sale konwentowe zaczęły wypełniać się uczestnikami i ruszyły pierwsze prelekcje.

Dla mnie Copernicon nie byłby taki sam, gdyby odbywał się gdziekolwiek indziej. Budynków zajmowanych przez konwent było kilka, jednak najważniejsze z nich stanowiły Collegium Maius i Collegium Minus Uniwersytetu Mikołaja Kopernika oraz Centrum Sztuki Współczesnej „Znaki czasu” . Pierwszy obiekt z wymienionych to piękny, ponad wiekowy, gmach o niezwykle klimatycznej przestrzeni komunikacyjnej. Dzięki sklepieniom krzyżowo-żebrowym w korytarzach, można się poczuć jak w średniowiecznej twierdzy. Najciekawsze jednak są piwnice, gdzie zorganizowano miejsce na LARPy. Rozległe przestrzenie pełne rur i dziwnych urządzeń, pachnące starością, były świetnym miejscem do oderwania się na chwilę od rzeczywistości, aby wczuć się w rolę granej postaci. Labirynt zakurzonych pomieszczeń, nie zawsze doświetlonych i w większości zupełnie pustych pozwalał się rozleniwić wyobraźni, jeśli chodzi o kreowanie w głowie niezwykłych miejsc. Na kolejnych piętrach znalazło się miejsce na gry planszowe i związane z nimi prelekcje oraz sale do przeprowadzania sesji RPG.


To nie są piwnice. To jeden z zamków Westeros.

Drugi uniwersytecki budynek był już trochę bardziej „zwykły”. To w nim odbywały się panele związane z popkulturą oraz prelekcje naukowe. Ciekawa klatka schodowa na środku obiektu prowadziła przez trzy piętra pełne ciekawych paneli dyskusyjnych i wykładów. Kilku z nich zdążyłam wysłuchać, jednak czasu było naprawdę mało, a rozkład atrakcji zbyt intensywny, aby zaliczyć wszystkie najciekawsze punkty. Dowiedziałam się między innymi, że Gwiezdne Wojny nie należą do gatunku sci-fi a do space fantasy, na prelekcji poświęconej charakterystyce fantastyki. Poznałam historię radzieckich lotów w kosmos, usłyszałam kilka ciekawostek z mitologii świata oraz dowiedziałam się, które postacie ze znanych utworów kultury można nazwać antybohaterami. Ciekawych prelekcji było o wiele więcej, w ciągu dnia co chwila musiałam podejmować wybór pomiędzy interesującymi mnie tematami.

Kolejny obiekt, CSW, jest budynkiem, który z cała pewnością jeszcze odwiedzę jak tylko będę w Toruniu. Podczas konwentu mieściły się tu targi fantastyki oraz duża wystawa poświęcona Gwiezdnym Wojnom, gdzie zaprezentowano mnóstwo makiet obiektów i figury postaci z filmów. Ciekawostką była też kolekcja herbów-naszywek oddziałów Stormtrooperów z całego świata. Nie wiedziałam, że przebieranie się za Szturmowców cieszy się aż tak ogromną popularnością. W tym budynku również znajdowało się coś, co było dla mnie miłą niespodzianką: wystawa poświęcona architekturze w Polsce po 1989 roku. Niesamowite modele znanych mi obiektów dopracowane były do najmniejszego szczegółu. Okazało się, że jest to wystawa Architektury-murator, o której już wcześniej słyszałam, jednak nie wiedziałam, że została ona przeniesiona z Warszawy do Torunia – i to na dzień przed moim przyjazdem!

To jeszcze nie koniec listy miejsc zajmowanych przez Copernicon. Część atrakcji (głównie związanych z fandomem anime i miłośnikami kultury azjatyckiej) odbywała się w Młodzieżowym Domu Kultury, którego nie zdążyłam odwiedzić. Taki tematyczny rozdział lokalizacji punktów programu sprawił, że w żadnym momencie trwania konwentu nie musiałam przedzierać się przez dzikie tłumy, a na te atrakcje, które mnie najbardziej interesowały, zawsze miałam blisko. Poza tym, miejsca do spania zorganizowano w innych szkołach, oddalonych nieco od centrum konwentu, co moim zdaniem było świetną decyzją organizatorów.

Nie wiem, ile osób ostatecznie odwiedziło Copernicon. Strzelałabym w dwa tysiące, licząc twórców programu, gżdaczy i gości. Również dzięki temu, że konwent podzielony był programowo na lokalizacje, poszczególne bloki programowe nabierały przyjemny, kameralny klimat, gdzie nowopoznane osoby można było zobaczyć jeszcze wiele razy tego samego dnia. Nie było też głośno, więc zawsze dało się z kimś pogadać albo zagrać w jakąś planszówkę. Zdecydowanie czułam się dobrze na tym konwencie – w przeciwieństwie do zagubienia i przytłoczenia na przedostatnim Pyrkonie.

Fart trzymał się mnie mocniej, bo na loterii Rebela udało mi się wygrać Story Cubes (kości do opowiadania historii), natomiast na licytacji używanych planszówek (organizowanej przez Grajfer) zgarnęłam 3 ciekawe gry: Basilicę bez jednej karty (którą już zdążyłam sobie dodrukować), Ewolucję oraz tajemniczą grę o nazwie Psi Psi, która zwróciła moją uwagę niezwykle brzydkim designem kart i opisem, który sam w sobie odpowiedział twierdząco na pytanie, czy z gry będzie „beka”. Na samych stoiskach zaopatrzyłam się jedynie w koszulki na karty oraz kości potrzebne do prowadzonej przeze mnie gry (oczywiście musiałam zapomnieć o zabraniu czegoś).

Skoro już o tym wspominam, muszę pochwalić się, że przeprowadziłam na Coperniconie jeden punkt programu. Była to mocno zmodyfikowana gra w mafię (ostatecznie ze słynnej mafii pozostała jedynie idea turowości), umieszczona w rzeczywistości Gry o Tron. Przed konwentem bardzo się stresowałam, ponieważ do tej pory nie zdarzyło mi się być „mistrzem gry” na większym konwencie. Ostatecznie przyszło mniej osób niż się spodziewałam i z tego powodu musiałam improwizacyjnie zmienić kilka zasad. Okazało się jednak że, gra podobała się uczestnikom. Sama też muszę sobie pogratulować – myślę, że kierowanie graczami poszło mi o wiele lepiej niż się spodziewałam.

Tym, co mnie jeszcze ominęło, był Cosplay. Jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do oglądania pokazów na konwentach, zwłaszcza z powodu zbierania się na nich tłumu. Zdecydowanie wolę podziwiać wymuskane do perfekcji stroje i makijaże, mijając „przebierańców” na ulicy. Konwenty tak wspaniale ożywiają miasta, a Copernicon nie odstawał w tym przypadku ani trochę. Spacerujący po Toruniu inkwizytor, Severus Snape przechodzący pomiędzy planszówkami, Wiedźmin czy postacie ze Star Warsów wałęsające się nieopodal CSW… wszyscy przecież muszą wiedzieć, że w mieście dzieje się coś fantastycznego!

Wybitnie dobrze poprowadzonym punktem programu był wielki konkurs wiedzy o grach planszowych, na którym udało mi się zająć ostatnie miejsce. Pytania podzielone na kategorie, między innymi: rozpoznaj grę planszową po wyprasce, po zmodyfikowanej w programie graficznym okładce pudełka, zabłyśnij wiedzą z historii znanych wydawnictw itd. sprawiły, że wręcz przyjemnie było słuchać każdego kolejnego pytania, nawet wiedząc, że prawdopodobnie nie będę znać na nie odpowiedzi.


Pamiątki z konwentu muszą być. Po raz pierwszy są to planszówki.

I na koniec małe podsumowanie. Copernicon był dokładnie tym, czego oczekiwałam. Pozwolił mi na chwilę oderwać się od rzeczywistego świata i zapewnił mnóstwo rozrywki. Plan był naprawdę obszerny, a jego twórcy dali z siebie wszystko. Atmosfera była niesamowita. To był mój pierwszy Copernicon i z całą pewnością nie ostatni.

Co było zorganizowane świetnie podczas Coperniconu:

  • pakiet konwentowicza, gdzie osobno umieszczony został, pięknie wydany, pełen program z opisami atrakcji, a oddzielnie mniejsza książeczka, zawierająca wszystkie potrzebne mapki i tabele z rozkładem godzinowym
  • liczba budynków – dwie osobne szkoły sleeproomowe i oddzielnie od prelekcji i gier część wystawowa i sklepikowa; dzięki temu budynki z atrakcjami programowymi nie były zatłoczone i uczestnicy nie przeszkadzali sobie nawzajem
  • wcześniejsza akredytacja oraz łatwość dostępu do wszelkiej informacji, dobrze zorganizowani gżdacze, dużo punktów informacyjnych
  • 10-minutowe przerwy w planie po każdej atrakcji – coś, czego zawsze brakowało mi na innych konwentach, gdzie każda przedłużona prelekcja prowadziła do ciągłego otwierania się drzwi podczas następnej; tutaj koordynatorzy bloków dbali o to, aby prelegenci przestrzegali swoich ram czasowych
  • kontener prysznicowy, który z nazwy brzmiał przerażająco, a ostatecznie okazał się obiektem ciepłym, czystym i zdecydowanie higieniczniejszym niż to, co często nazywa się prysznicami w szkołach
  • WODA – na każdym LARPie, na każdym RPGu, organizatorzy i gżdacze zatroszczyli się, aby uczestnikom susza nie przeszkodziła w przeżywaniu swojej przygody – niby mała rzecz, ale kto chciałby myśleć o lokalizacji najbliższej Biedronki czy sklepu nocnego, próbując skupić się na życiu w zupełnie innej rzeczywistości?

Co mogło być zrobione lepiej:

  • w tabelce z programem pojawiło się wiele błędów (nie liczę oczywiście porozpisywanych wszędzie na terenie konwentu zmian w programie) – trzeba było przez to porównywać informacje z aplikacją mobilną
  • program nocny – był bardzo ograniczony, zawierał zbyt mało LARPów, a na te obecne w rozkładzie zapisało się więcej ludzi, niż było przewidziane przez prowadzących
  • zbieżności w programie – panele o tej samej tematyce pokrywały się godzinowo, na przykład spotkania z twórcami internetowymi (wydaje mi się, że podobne grono lubi/czyta Kiciputka i duet Zwierz&Opydo, tak samo jak moja GoTowa gra odbywała się w tym samym momencie co GoTowe kalambury, jeszcze planszówkowa loteria Rebela, w momencie gdy gdzie indziej trwała licytacja używanych planszówek organizowana przez Grajfer)
  • identy – tekturka na smyczy i od razu wiadomo, że trzeba traktować identyfikator delikatnie jak nowy telefon – o wiele lepiej sprawdziłaby się zwykła wstążeczka, nie podrażniająca tak tektury jak twardy karabińczyk

Są to jednak naprawdę drobne rzeczy, które w większym stopniu nie wpłynęły na jakość i mój odbiór imprezy. Copernicon będę wspominać długo i ciepło.

Spodobał Ci się ten tekst? Podziel się nim z innymi!
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Email this to someone