Wpis dodany: Październik 13, 2015 12:18 pm w kategorii:

W ciągu ostatnich lat całkowicie zmieniło się moje podejście do sztuki. Po tym, jak zakończyłam naukę w liceum plastycznym i obrałam drogę idącą bardziej w stronę techniki (bo studia architektoniczne to przecież i budownictwo, i konstrukcje, i mechanika – nawet jeśli każda dziedzina w podstawowym zakresie), umniejszyło się we mnie poczucie pewnej sakralności dzieła plastycznego i zatarła granica, za którą pewne prace zaczyna się nazywać kiczem. Być może z punktu widzenia kogoś z ASP moja postawa wygląda jak swego rodzaju bunt albo ujście rozczarowania – ja jednak czuję, że wypracowanie sobie niezależnego zdania w temacie sztuki to osiągnięcie niezwykle cenne i w pewnym sensie dorosłe.

Z tamtych czasów pamiętam te niepojedyncze przypadki, gdy ktoś przynosił na malarstwo jakiś wymalowany w pocie czoła po nocach wschód słońca i jak wyglądała zmiana na jego twarzy po usłyszeniu oceny profesora. Nigdy nie zapomnę, jak na „temat dowolny” znajomy z klasy wyrysował przepiękny pejzaż nocny z jakimś domkiem na urwisku i kiedy świat na chwilę wstrzymał oddech, gdy nauczyciel od malarstwa brudną szmatą rozmazywał węgiel na tej kartce, „bo za mało mięsa”. Nie zliczę też, ile razy jako szczyt największej porażki życiowej przywoływane było rozstawienie swoich obrazów na Bramie Floriańskiej w Krakowie. Ja naprawdę kiedyś chciałam kontynuować ten wyścig zgodności z wymogami, wydawałoby się jeszcze mniej logicznymi niż te z Dziennika Ustaw?

Wydaje mi się, że potrzebowałam czasu, pozwalającego spojrzeć na rozwój sztuki z trochę dalszej perspektywy. Dwa lata studiów na architekturze – gdzie przedmioty plastyczne oczywiście występują, ale jako uzupełnienie, w celu rozwoju wyobraźni i wyczucia estetyki – pozwoliły mi doskonale zrozumieć, że zdecydowanie nie mogłabym zasilić tej jednomyślnej masy, po prostu do niej nie pasując.

Bo czym jest dla mnie sztuka, jaka jest jej funkcja w obecnym świecie? Zabrzmię mało romantycznie, ale obecnie jej główne cele mogę podzielić na trzy grupy:

  • estetyczną, dekorującą otoczenie, polepszającą jakość życia ludzi mających z nią do czynienia poprzez zapewnianie im wrażeń wizualnych
  • walutową – zwłaszcza przy dziełach drogich, które z czasem mogą zyskać albo stracić na wartości i porządnie namieszać w kieszeni kolekcjonera
  • edukacyjną lub światopoglądową, czyli wyrażającą pouczenie (często moralne) odbiorcy

Pominęłam tutaj całą kulturę popularną, a także sztukę internetu, od porządnych fanartów na krzywych i prostych lub prostackich memach skończywszy. Skupmy się na sztukach plastycznych, jakich się naucza w obecnych czasach – rysunku i malarstwie, rzeźbie, różnorakich kompozycjach czy instalacjach i tak dalej.

Biorąc pod uwagę, że zaliczenie sztuki do drugiego podpunktu może wystąpić tylko ze strony odbiorcy (nawet jeśli artysta „umie się sprzedać”), natomiast trzecia funkcja staje się wtórna i na ogół wygrywają twory prezentujące myśl ogółu, najczęstszą rolą sztuki przeciętnego artysty będzie tworzenie wyrazu piękna, do zawieszenia na ścianie w przedpokoju. Dawnych potrzeb upamiętniających (zapewnionych przez fotografię) oraz informacyjnych (media i internet) już w sztuce prawie nie ma – no chyba, że liczy się pojedyncze, mało istotne portrety. Na mojej liście nie znajduje się także sztuka dla sztuki – i to stwarza mój problem, który właśnie opisuję.

W sztuce dekoracyjnej bardzo łatwo stworzyć coś, co przez znawców zostanie nazwane kiczem. Popularne wzory, kwiatki, czaszki, pędzące konie, wschody i zachody słońca czy obrazki z okładek książek popularnie nazywanych kobiecymi – z rysunkami tego typu lepiej nie pokazywać się w artystycznych środowiskach. Za to w gronie prostych ludzi jak najbardziej! Przecież to jest to, co zwykły człowiek umieściłby na ścianie nad półką z pamiątkami-figurkami. Takie miejsce nie przyjęłoby natomiast budzącego niepokój dzieła ni-to-aktu ni abstrakcji.

Lubię sztukę kiczową. Może nie w całości, bo wciąż nie mogę się przekonać do obrazków wykonywanych w 5 minut sprejem na cienkich blaszkach. Doceniam natomiast starania osób, które nie chcą stworzyć czegoś na siłę artystycznego, natomiast dążą do ucieszenia prostego odbiorcy. Rozumiem piękno powtarzalnych tematycznie obrazków, które przecież i tak nie są między sobą identyczne. Zwłaszcza, że biorąc pod uwagę liczbę ludzi, twórców, na świecie – nigdy nie można być pewnym swojego nowatorstwa.

Na proste twory jest miejsce w kulturze. Nawet dzięki nim sztuka zwana „wysoką” może zyskać, mając odpowiednie tło, z którym będzie musiała wytworzyć kontrast, aby zostać docenioną – przez co będzie stawała się lepszą.

Mój problem ze sztuką jest taki, że w kontekście współczesnego świata, spłyciłam ją do funkcji bycia ładną – i w ten sposób chcę tworzyć. Oczywiście inaczej odnoszę się do prac dawnych mistrzów. Uważam, że zarówno nowożytne próby idealnego przedstawienia rzeczywistości jak i modernistyczne szokujące twory, były potrzebne w swoim czasie.

Ten wpis powstał w ramach Jesiennego Wyzwania stworzonego przez Mocną grupę Blogerów. Jest to moja krótka refleksja związana ze słowem WSCHÓD i w podobny sposób zamierzam potraktować pozostałe trzy tematy.

Spodobał Ci się ten tekst? Podziel się nim z innymi!
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Email this to someone
  • Przemek

    Najważniejsze to robić swoje i nie przejmować się tym co mówią inni. Nawet jak to jest znany profesor ;)

    • eV

      Na dłuższą metę to nie do końca się sprawdza, chociaż… Dzisiaj trafiłam na ciekawy cytat: „I owe my success to having listened respectfully to the very best advice, and then going away and doing the exact opposite.” ~Gilbert K. Chesterton
      Myślę, że coś w tym jest :).

  • Lubię czytać o sztuce – twoje zdanie i wyodrębnienie trzech funkcji sztuki jak najbardziej do mnie przemawia. Sama skupiam się na funkcji estetycznej :) W jakim kontekście tekst należy rozpatrywać wobec wyzwania ?:)

    • eV

      Wyzwanie traktuję jako początek refleksji – wschód w mojej pamięci zapisał się właśnie w tej formie skrytykowanych prac z malarstwa w liceum. Ta myśl pociągnęła następną: jak bardzo zmieniło się moje podejście do malarstwa właśnie takich „pejzażyków” od tamtej chwili.

  • Artyści, Ci zdeklarowani i zapaleni, mają swój świat – niekoniecznie jedyny i słuszny. Dochodzi potem do sytuacji, w których sztuką jest rzeźba z metalu składające się ze rurek, zbiorników wodnych i odwróconego krzesła na szczycie. Litości, ja takie cuda mogę sobie zobaczyć w warsztacie (no może bez tego krzesła) a temu komuś się wydaje że odkrył Amerykę bo na chwilę oderwał się od rysowania kwiatków. Żeby nie było, nie mam nic do rysowania kwiatków;)

    Całkowicie się z Tobą zgadzam, sztuka powinna być użytkowa i estetyczna, wydziwianie i szukanie na siłę szokujących motywów jest strasznie sztuczne.

    • eV

      Takiej sztuce z rurek i zbiorników wodnych często towarzyszą szerokie opracowania wyjaśniające zamysł artysty i dla mnie to one potrafią być głównym dziełem, podczas gdy wizualna forma staje się ilustracją, wyrażeniem cennej myśli. Sztuka współczesna potrafi też czasem oddziaływać w jakiś niezrozumiały sposób na odbiorcę – co też cenię. Niemniej jednak, zdecydowanie preferuję iść w stronę dekoracyjności i cieszenia oka niż po raz kolejny próbować przekazać coś, co w kulturze aż kipi. Takie przemyślenia miałam na wystawie Jana Fabre (http://nietransparentnie.pl/2015/09/27/wielka-podroz-do-belgii-cz-4-antwerpia/ ) – artysta przez całe życie poruszał te same tematy, a skondensowanie ich w jednym miejscu sprawiło, że zwróciłam uwagę na ich powtarzalność. A kiedy za nim idą rzecze naśladowców (albo twórców wymyślających to samo koło niezależnie), odbiór zaproponowany przez artystę zaczyna się zacierać, rozmywać.

  • Ja właśnie lubię takie dzieła, które cieszą moje „proste” oko :)

  • Też mam problem ze sztuką, bo jestem okropną ignorantką w tym temacie i również fanką kiczu. Szczerze mówiąc oglądanie obrazów, które nadają się tylko do powieszenia w muzeum zwyczajnie mnie nudzi. Ale ja nic nie wiem o malarstwie i rysunku, nawet kropki łączę z linijką, bo prosto nie umiem, więc jak tu docenić? :D Tak czy inaczej jakbym miała zdolności tworzyłabym dla mas, na kiczowate ściany do nowoczesnych salonów. A malowanie na ulicy tak czy inaczej wydaje mi się dość romantyczne i wolę ulicznych malarzy od nadętych artystów, którzy namalują dwie kropki i chcą to upchnąć za miliony.

    • eV

      Ja uwielbiam oglądać w muzeach obrazy, których osobiście nie zawiesiłabym u siebie na ścianie. Mam natomiast świadomość, że w stosunku do liczby artystów na świecie, to miejsca w muzeum nie jest wystarczająco aby pomieścić chociaż znaczącą część chętnych. To będzie promil. Natomiast domków indywidualnych mecenatów/inwestorów nigdy nie zabraknie :)
      Co do nadętych artystów – niektórzy po prostu zrobili świetny biznes ze swojego nazwiska… Zawsze to lepszy sposób na życie niż ukraść lub się zapożyczyć do późnej starości. Ale do tego trzeba już być indywidualnością o ogromnym farcie.

  • Nie potrafię się zgodzić z takim jednoznacznym rozgraniczeniem sztuki na tylko trzy funkcje. Co z funkcją poznawczą? Co z funkcją „publicystyczna”? A co z doświadczeniem i obrazowaniem idei? Nie lubię też rozróżniania sztuki na estetyczną i ideową. Jak najbardziej mogą się łączyć. Poza tym dlaczego odbierać sztuce funkcje metafizyczne, opisujące świat? Język wizualny jest tak samo dobry jak literacki, choć często trudniejszy do odczytania. Co do spłycenia, mam wrażenie, że ogólnie mamy zbyt dużą tendencję do spłycania sztuki wielkich mistrzów, nie odczytujemy już ich warstwy ikonograficznej, tylko powierzchowną, warsztatową, dzięki czemu oczekujemy od niej tylko bycia ładną, a to oczekiwanie przenosimy na sztukę współczesną. No i czy sztuka współczesna, uznana, nie może być ładna? ;) Bo trochę też tak wynika z twojego tekstu. ;)

    W ogóle odnoszę wrażenie, że mamy problem z tekstualizacją dzieła, żeby rozszerzyć grono jego odbiorców opisujemy je, przez co sztuka przestaje być doświadczeniem, a jedynie tekstem który trzeba odczytać. A przecież, parafrazując Sontag, sztuka może być bardzo erotyczna, w znaczeniu wywołania w nas emocji. ;) Tyle, że dzieła tego typu potrafią się bronić tylko w doświadczeniu spotkania z dziełem. Poprzez dokumentację zdjęciową, czy opis kuratorski nie wywiera często na nas takiego wrażenia co w doświadczeniu bezpośrednim. Przykładami może być tutaj Richter czy Rothko. Na zdjęciach to takie „meh” w doświadczeniu sam na sam jest już inaczej (działa tu choćby skala i struktura). Podobnie z Warholem, jego sitodruki też robią inne wrażenie w swojej oryginalnej skali.

    A co do profesorów, którzy niszczą uznane przez siebie kiczowate prace, w ciągu wielu lat nauki na różnych uczelniach artystycznych zauważyłam, ze są tacy, którzy po prostu muszą się dowartościować i robią co robią. Ale z drugiej strony, spotkałam też wielu studentów, którzy zapatrzyli się w ładne obrazki i nie potrafią wyjść z paru schematów, nie rozwijają się, tylko kopiują siebie samych. Fajnie, że ktoś umie namalować poprawnie miasto i potrafi to zrobić piętnaście razy pod rząd, problem w tym, że ładnie malować potrafi nauczyć się niemal każdy, a malować ciekawie, wyróżniająco, tak aby dodać coś od siebie, już niekoniecznie. Oczywiście, że każdy obraz jest inny, nie da się namalować kropka w kropkę tak samo czegoś, ale malować tak, że masz wrażenie, że widziałeś już takich dzieł tysiące już tak. ;)

    • A jeszcze a propos odbiorcy, oprowadzając różne grupy po wystawach nauczyłam się jednego – najpierw sztukę pokażmy, bo okazuje się, że często ta nowa sztuka bardzo się podoba, wzbudza dużo pozytywnych reakcji i zaciekawienia problem tylko w tym, że o sztuce więcej mówimy w kontekście stereotypów niż konkretnych dzieł. Co pokutuje tym, że ludzie są przekonani, że od konceptualizmu nie maluje się już realistycznych obrazów. A one jak najbardziej są w wielu galeriach, ba również bardzo dobrze się sprzedają. ;)

      • eV

        Dziękuję za ten niezwykle długi i cenny komentarz. Odpowiem na poszczególne jego akapity w kolejnych moich:

        Funkcje, które opisałam nie są jedynymi – ale tymi najliczniej reprezentowanymi, w moim odczuciu. Jeśli chodzi o sztukę ostatnich lat – a staram się ją śledzić możliwymi drogami – mam wrażenie, że ta funkcja metafizyczna gdzieś zanikła. Malarstwo połączyło się z designem, w końcu obie formy mają podobne podstawy w kompozycji itp. Ale to już przecież było – kultura ciepło przyjęła secesję, którą ja osobiście uwielbiam – teraz następuje powrót do potrzeby posiadania czegoś ładnego i dla siebie, tak zamiast rozszerzania oczu przed kolejnym obrazem w galerii.

        Z drugim akapitem absolutnie się zgadzam – ogromnej liczby dzieł nie ma sensu oglądać tylko na zdjęciach czy poprzez czytanie opisów. Ogólnie, każdy odbiór traci na jakości, kiedy nie następuje pomiędzy zainteresowaną osobą a prawdziwym, materialnym dziełem. Dlatego uwielbiam odwiedzać galerie. Nawet zupełnie płaskie obrazy, bez impastów i różnic fakturowych, są niewyobrażalnie lepsze na żywo niż nawet na najpiękniejszej reprodukcji.

        Z malowaniem ciągle w ten sam sposób moim zdaniem wiąże się potrzeba bycia rozpoznawanym po jakimś konkretnym stylu. Każdy woli usłyszeć: „Jan Kowalski? To ten od czerwonych obrazków z domkami?” niż „Jan Kowalski? Nie znam”. Zgodzę się natomiast, że nie można się do tego ograniczać. Z drugiej strony, ilu twórców minionego stulecia zasłynęło z abstraktów, posługując się jednym, wypracowanym motywem tworzenia, a nie potrafiąc oddać prostego tematu figuratywnego w sposób w miarę realistyczny? W malarstwie akademickim coś takiego oczywiście nie może mieć miejsca. Nie wyklucza to jednak z malarstwa w ogóle.

        I komentarz pod spodem: realistycznych obrazów jest wciąż dużo – choć większość z nich to rzemieślnicze kopiowanie tworu aparatu. Potrafię docenić ich kunszt, ale gdzieś tam mnie za uchem kłuje taka myśl, że ktoś przeznaczył niewyobrażalnie dużo czasu na dopieszczenie tego do perfekcji, a efekt jest taki, że równie dobrze można było wydrukować zdjęcie.
        (z tą myślą czuję się już jak totalny ignorant)

        • Ciekawa teoria, a poropos malarstwa i designu. Znaczy nie zgodziłabym się z nią choć po części rozumiem (w zeszłym roku poświeciłam więcej czasu na to jak design i wizualność „lifestyle” wpływa na sztukę, w tym roku mam nadzieję głębiej się na tym skupić w ramach badań, oby, bo temat ciekawy i mam wrażenie wciąż zbyt mało poruszany, no i mimo wszystko myślę, ze jednak mówimy o innych zależnościach ;)), tyle, że to raczej mały odłam. Choć, gdy robiłam analizę twórczości młodych-zdolnych zaproszonych do naszego projektu, to rzeczywiście design i jego wizualność miała silne odbicie w ich sztuce. Tyle, ze to moje prywatne badania i wiele osób się ze mną nie zgadza. Zresztą nic dziwnego, ciężko powiedzieć, żeby malarstwo Moskwy, Matuszewskiego, Juszkiewicz, czy nawet takich „mistrzów komercyjnej sztuki” jak Murakamiego i Koonsa, było silnie powiązane z designem. (Nie mówiąc już o Szladze, czy Kokosińskim, czyli tegorocznego topu młodej polskiej sztuki.)

          Zawsze istniały sektory sztuki zarezerwowane na twórczość „ładną”. Wiem, że się co jakiś czas krzyczy się o śmierci malarstwa. Ale malarstwo jest wiecznie żywe i raczej się ludziom podoba, niż nie. ;)

          Znaczy, przy malowaniu ciągle tego samego nie chodziło mi o wypracowanie stylu co wypracowanie maniery. W swoim stylu można stworzyć wiele niepowtarzalnych prac i będzie je łączył silny wspólny mianownik. W przypadku zmanierowania, kolejne dzieła to odgrzewane kotlety. I popadanie w manierę jak najbardziej ganie. ;)

          W sensie, że abstrakcjoniści nie umieli malować figuratywnie? Większość z nich miała doskonały warsztat i podstawy, jednak abstrakcjoniści odeszli od niego zachłyśnięci rewolucją w sztuce, jakim były obrazy nieprzedstawiające. Odnoszące się nie tyle do napięć między iluzją przedmiotów co do napięć między samymi liniami, plamami, kolorami itp. Szczerze mówiąc, bez dobrych podstaw w obserwacji rzeczywistości budowanie abstrakcji byłoby niemożliwe. Dlatego uważałabym z jasnym stwierdzeniem, że abstrakcjoniści nie umieli malować figuratywnie. Jak najbardziej umieli i robili to nieźle (vide Malewicz), tyle, że nie mieli takiej potrzeby, szukali czegoś innego w sztuce.

          Też się nie zgodzę. ;) Porządna galeria nie pozwoli sobie na wystawianie „kopii fotografii” i choć sama nie przepadam za malarstwem, to jednak muszę oddać malarstwu to, że wciąż jest niepowtarzalne, wciąż potrafi zaskoczyć i wciąż daje nam duże możliwości w reinterpretacji świata. Również malarstwo realistyczne. (Choć co tak naprawdę jest malarstwem realistycznym? Czy to tylko hiperrealizm? ;)) Sobie czasem żartuję, że w Poznaniu największy konkurs malarskich dla studentów, jest tylko dla tych co malują właśnie tak jak ponoć już nikt nie maluje, czyli mocno figuratywnie. ;)

          Ale ta myśl, tylko pokazuje, że mocno czujesz powagę problemu, nie ma potrzeby już malowania portretów czy pejzaży takich jak dawniej bo mamy aparaty. Aparat też właśnie był podwaliną pod pójście malarzy w abstrakcję. Dzisiaj po przepracowaniu tego problemu mamy też ciekawe malarstwo, bardzo realistyczne a jednak pokazujące świat okiem malarza, nie fotografa. :)

          Przy okazji, uwaga o nie chodzeniu na wystawy była tylko ogólną refleksją. Po prostu często się z tym spotykam, że o sztuce wypowiadają się dużo ci co mają z nią wspólnego dosłownie nic. W twoim przypadku oczywiście tak nie jest i to czuć, ale skoro mogę sobie wylać gdzieś żale, to wylewam. ;)

          • eV

            Nawet jeśli wiele osób nie zgadza się z Twoimi badaniami, ja myślę, że i tak przedstawiają one dużą wartość. Z chęcią zapoznałabym się z nimi, czy są może gdzieś opublikowane?

            Co do posiadania maniery… też to znam – każda szkoła uczy swojej, ale oczekuje na start ucznia-czystą kartę. Jak myślisz, czy zmanierowanie jest cechą stałą, albo trudną do zmiany czy to coś, z czym łatwo się uporać? Na co bardziej wskazywałoby Twoje doświadczenie w pracy z artystami?

            Oczywiście, że nie uważam, że abstrakcjoniści nie umieli malować figuratywnie. Źle mnie zrozumiałaś. Pamiętam za to, że kilka takich przypadków wystąpiło – niestety nie przychodzą mi teraz na myśl konkretne nazwiska :(.

            Galerii na świecie jest mnóstwo – od wielkich narodowych, do tych małych galeryjek w knajpkach czy bibliotekach. „Kopie fotografii” widziałam już na ścianie nie raz, nie dwa, a reakcja ludzi na nie zawsze przedstawia niezrozumiały dla mnie zachwyt. Malarstwo realistyczne malowane „z patrzenia” albo „z wyobraźni” to zupełnie inna historia. Każdy inaczej postrzega ten sam przedmiot i dlatego takie obrazy oczywiście będą indywidualne. Jeszcze kiedy artysta doda trochę więcej od siebie na etapie kreowania dzieła, to już w ogóle jest pięknie. Do malarstwa realistycznego, fotorealistycznego nic nie mam – to przerysowywanie zdjęć mnie razi.

            Dziękuję bardzo za te wyczerpujące komentarze. Masz dużo rozleglejszą wiedzę niż ja, więc naprawdę jestem wdzięczna, że chciałaś się nią podzielić :).

          • Na razie nie, są jeszcze w powijakach i chciałabym je dopracować. Ostatnio nawet parę osób zachęca mnie do tego, żebym jeszcze nad tym posiedziała, bardzo bym chciała, ale w tym roku robię w końcu dyplom, a niestety tematyka nie bardzo mi się pokrywa, wiec mogę nie mieć czasu dobrnąć do końca. :(

            Myślę, że trudno się z nią uporać, ale idzie. Wszystko zależy od osoby. Znam parę osób, które najchętniej spisałabym już na „artystyczne” straty, ale wciąż wierzę, że się przełamią i jeszcze wszystkich zaskoczą. Chyba najtrudniejsze w walce z manierą, jest właśnie przebicie swojej strefy komfortu i pozwolenie sobie na błędy i ich następne korygowanie. A to jak każda zmiana, jest dość trudne i wymaga dużego samozaparcia i pracy nad sobą. :) Choć znowu, aż takiego doświadczenia nie mam, więc zawsze zostawiam duży margines na pomyłkę. :)

            To przepraszam. :) W sumie jak teraz pomyślałam, o sławach mających słaby warsztat, to chyba typowałabym tutaj Zbyszka Liberę. Znaczy nie jestem w stu procentach pewna, ale nie kojarzę żeby w ogóle malował czy rysował. No ale, to nie abstrakcjonista, tylko hmm… ciężko powiedzieć, twórca obiektów?

            A nie, nie, rzeczywiście, w małych galeryjkach „prywatnych” to tak. Znaczy, ja po prostu mało kiedy biorę je na poważnie, bo wiem, że wystawiają się tam często „znajomi królika”, którzy po prostu nauczyli się paru trików (przerażające zęby i rozmazywanie jako nieudolne cieniowanie, to chyba najczęstszy hit rysunków z fotografii). Tu się totalnie zgadzam, robi to wrażenie, bo „skill” problem w tym, że często te osoby mają ogromne braki w rysunku i potrafią tylko kopiować. Jest to przykre. Zwłaszcza, że wielu przyklaskuje, bo samo by nie umiało. To jest najciekawsze, bo kopiować z fot, może nauczyć się każdy, wystarczy wiele godzin z ołówkiem i kopiowaniem i już rękę mamy wyrobioną. Za to nauczyć się rysować „od zera” to dopiero wyzwanie. :) Mam wrażenie, że Ci co się interesują tematem, w pewnym momencie zauważają „nudę” kolejnych rysunkowych fotografii.

            Dziękuję za dyskusję i mam nadzieję, na więcej :) Bo uważam, że wciąż za mało rozmawiamy o sztuce w „przestrzeni publicznej”. Bo co z tego, że posiedzę sobie w pracy i pogadam z innymi ludźmi ze światka, coby się potaplać głębiej we własnym sosie? ;) Bardzo lubię takie odświeżające spojrzenie i bardzo Ci dziękuję za ten tekst, który stał się przyczyną takiej ciekawej rozmowy. :D

  • My jesteśmy fankami kiczu w większości :)

  • granica między kiczem, a sztuką „wysoką” jest płynna i kto miałby decydować o zaliczaniu dzieła do jednej lub drugiej grupy? Lubię nieoczywiste rzeczy, ale denerwuje mnie przerost formy nad treścią w jednym i drugim przypadku :)