Wpis dodany: Grudzień 10, 2015 8:21 pm w kategorii:

Po mieście poruszam się głównie pieszo. Taka możliwość była dla mnie priorytetem przy wyborze mieszkania do wynajęcia i ma wyraźny wpływ na moje obecne życie. Dzięki bliskości z najważniejszymi miejscami, nabrało ono tempa (jednego dnia mogę załatwić kilka rzeczy i, pomiędzy tym, wrócić do domu coś zjeść) ale także skoncentrowało się wokół kilku konkretnych tras. Prawie codziennie zaliczam kurs: uczelnia – sklep – dom i prawie codziennie nie opuszcza mnie ta sama refleksja, kiedy czekając na przejściu przed Lidlem widzę, jak można było zrobić to lepiej.

Ten punkt trasy wygląda mniej więcej tak: z ulicy Miszewskiego skręcam na ul. Uphagena, idąc długim przejściem dla pieszych z wysepką w środku.

Wyróżniłam tutaj 3 elementy, które są jej zdecydowanymi wadami i – na dłuższą metę – zaczynają być uciążliwe.

  1. „Najpierw w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo” nabiera na tym skrzyżowaniu nowego znaczenia, ponieważ aby zobaczyć, czy jakiś samochód nie nadjeżdża z mojej lewej strony, muszę obrócić głowę o kąt prawie 180 stopni. Niby nic, ale w sytuacji kiedy pada deszcz, wieje wiatr, a ja ledwo ochraniam niesioną z uczelni makietę przed czynnikami atmosferycznymi, ostatnią rzeczą jaką chcę zrobić jest zatrzymanie się w miejscu.
  2. Drzewo, które prawdopodobnie nie zostało wycięte ze względu na swój wiek. W tym miejscu chodnik został miejscowo zwężony do niewiele ponad połowy szerokości, przez co stał się punktem kolizji ruchu pieszego między wchodzącymi i wychodzącymi z marketu. Chyba nie muszę podkreślać, że szerokość osoby z zakupami jest znacznie większa niż szerokość osoby bez nich?
  3. I ostatni punkt trasy do sklepu – przejście przez wyjazd z parkingu. Niewygodne zarówno dla pieszych jak i kierowców, dodatkowo za sprawą wszechobecnych wózków zakupowych. Miejsce zdecydowanie nie nadające się na oczekiwanie – głównie ze względu na typową przedsklepową palarnię.

Tak wygląda sytuacja, kiedy wybieram drogę ulicą Miszewskiego. Zdarza mi się także iść do Lidla na skróty, przez pobliski park. Wychodząc z punktu oznaczonego na obrazku poniżej fioletową kropką, mam do wyboru – przejść dłuższy kawałek drogi do pasów i zawrócić do sklepu albo przejść przez ulicę w miejscu nieoznaczonym.

Pierwsza opcja prowadzi do wszystkich dyskomfortów wymienionych pod poprzednim obrazkiem, a także zawiera denerwujące zawracanie po przejściu przez pasy. Druga natomiast jest wykroczeniem i grozi mandatem w wysokości 50 zł. Wybór jest nieciekawy.

Jednak, aby nie być narzekaczem, wynalazłam świetne rozwiązanie, które małym kosztem mogłoby pozbawić pieszego wszystkich (albo prawie wszystkich) opisanych problemów. Wygląda ono tak:

Dodatkowe przejście dla pieszych w miejscu, w którym jest ono potrzebne. Większość samochodów wjeżdżających na ulicę Uphagena i tak skręca na parking przed marketem, więc na przejściu umieszczonym za wjazdem na parking, pieszy czekałby o wiele krócej na możliwość przejścia. Także dla kierowców mogłoby to być ułatwieniem – oni z kolei nie musieliby czekać na pieszych przy wjeździe lub wyjeździe z ul. Miszewskiego.

Jak takie rozwiązanie wyglądałoby w sytuacji dwóch opisywanych pieszych? Mniej więcej tak:

Nasuwa się tylko pytanie – dlaczego obecnie nie ma tu przejścia dla pieszych? Czy wynika to z braku takiego pomysłu czy konkretnych powodów, braku możliwości? Organizacja ruchu to w końcu bardzo złożona sprawa.

Spodobał Ci się ten tekst? Podziel się nim z innymi!
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Email this to someone
  • Najważniejsza dla mnie informacja to ile metrów jest pomiędzy jednym a drugim, nowym przejściem dla pieszych. Zbyt częste też nie są dobre.

    • eV

      Ta odległość to 50 metrów. Niby mało, ale ten odcinek za Lidlem jest naprawdę spokojny jeśli chodzi o ruch samochodów.

  • Mogłoby się wydawać, że wszyscy mają na względzie dobro innych, a jednak.. jednak nie wszystkich.

    • eV

      Ostatnio w Polsce toczy się naprawdę zażarta dyskusja pomiędzy urbanistami, socjologami definiującymi przestrzeń oczami pieszych a władzami i firmami stawiającymi na pierwszym miejscu słynną przepustowość. I jak tu każdemu dogodzić?

  • 100 metrów odległości pomiędzy przejściami dla pieszych to prawne minimum. Na terenie zabudowanym, przy drogach jednojezdniowych. Z tego powodu trzeba byłoby usunąć istniejące już przejście… lub zmienić prawo. Ale zmiana prawa mogłaby skutkować tym, że nagle wszędzie ludzie zapragnęliby kolejnych przejść, nie zawsze w rozsądnych miejscach. Choć fakt, że z rozrysowanymi przez Ciebie schematami nie sposób polemizować. ;)

    • eV

      Czyli to taka sytuacja. W takim razie widzę jeszcze dwa rozwiązania: przerobić drogę na deptak albo przerobić prawo na takie, które nie zabraniałoby przechodzenia przez ulicę, kiedy nic nie jedzie. Bo istniejące przejście ciężko ruszyć, kiedy wiele osób nie skręca do sklepu.

      • Prawnik ze mnie żaden, ale wydaje mi się, że zmiana na „nic nie jedzie – można iść” miałaby dość daleko idące konsekwencje. I bez tego widuję pędzących z prędkością ślimaka dziadziusiów, przechodzących w niedozwolonych miejscach na dwupasmówkach. Przez 3 sekundy nic nie jedzie, owszem, ale im przejście zajmuje znacznie więcej. ;) Deptak jest pomysłem.

        • eV

          Wszystkie tego typu rzeczy są chyba nie do zbadania bez eksperymentów na ludziach. Inaczej ciężko ustalić, czy taki dziadek o lasce wyszedłby na dużą ulicę pomimo niebezpieczeństwa. Wydaje mi się, że starsi ludzie jednak unikają sytuacji niebezpiecznych – choć kto wie? Ja zawsze będę za tym, aby miasto było dla ludzi, a nie dla samochodów, jak to się często mówi.