Wpis dodany: Styczeń 5, 2016 12:05 am w kategorii:

Są takie książki, po których przeczytaniu zaczynasz widzieć w świecie trochę więcej. Próbujesz wtedy układać w głowie historie, mające na celu wytłumaczyć, usprawiedliwić dlaczego to, na co patrzysz, wygląda tak a nie inaczej. Dzisiejszy wpis jednak nie będzie ani o powieści fantasy, ani o jednej z ksiąg wielkich religii. Przedstawię za to znany i lubiany w wielu kręgach zbiór reportaży Filipa Springera, „Wanna z kolumnadą”.

Jest to książka traktująca o polskiej przestrzeni. A jaka jest ta przestrzeń, każdy widzi. Estetyka typowej ulicy każe przechodniowi przedzierać się wzrokiem przez gąszcz billboardów, całkiem słusznie nazywanych szmatami. Gdzieś w oddali blokowisko – każdy budynek innego koloru, na jednym namalowane palmy, na drugim koszmar jak z zeszytu do geometrii. Gdzieś za miastem ekskluzywne osiedle – ekskluzywne, bo poza domami niczego innego tam nie ma, ani drogi, ani drzewa, nawet kawałka chodnika. W mieście natomiast pojawił się labirynt płotów. Wszystkie płoty prowadzą do ogromnej bryły jakiejś kolejnej galerii czy hotelu, górujących nad miastem jak kościół w średniowieczu. Historyzujące dekoracje oczywiście wciąż są jeszcze na topie – kolumienki, sfinksy – nie mniej popularne niż fascynacja dalekim wschodem w projektowaniu elewacji. Krótko mówiąc, reportaż o polskiej przestrzeni był potrzebny.

„Wanna z kolumnadą” jest idealną opowieścią o ładzie przestrzennym w Polsce, a tak naprawdę o jego braku. Filip Springer odwiedził mnóstwo miejsc dotkniętych architektoniczną brzydotą i, oprócz zrobienia świetnych zdjęć, przeprowadził wywiady z osobami mającymi wpływ na wygląd przestrzeni, a także z jej odbiorcami. Każdy temat potraktowany został z ogromną dociekliwością. Reporter nie powstrzymał się przed korespondencją, spotkaniami i rozmowami telefonicznymi z osobami odpowiedzialnymi za taki wygląd rzeczy.

Skąd bierze się smutna suburbanizacja, dlaczego pomimo licznych wad, wciąż jest popyt na oddalone od świata mieszkania na zamkniętych osiedlach o malowniczych nazwach? Jak to jest, że gdy ktoś chce wybudować prawdziwego maszkarona, to niezależnie co mówi miejscowy plan zagospodarowania, będzie mógł już chwilę później zacząć robić wykopy pod fundamenty? Co się stało z rzekami, które kiedyś zasilały wodą i jakością wiele dużych miast, a teraz prawdopodobnie znajdują się w tym samym miejscu, co estetyka polskiej przestrzeni? Czy te wszystkie materiały reklamowe, masowo porozwieszane po mieście, umieszczone zostały tam legalnie i – jeśli nie – do dlaczego wciąż tam wiszą? I oczywiście dwa podstawowe pytania: po pierwsze, dlaczego nikt z tym nic nie robi, a po drugie, czy to w ogóle komukolwiek przeszkadza? Odpowiedzenie na te pytania stało się celem reportera. Muszę przyznać, że po przeczytaniu „Wanny z kolumnadą” już dobrze rozumiem, gdzie leży problem.

Dziewięć reportaży, każdy na inny temat, przeplecione zostały krótkimi definicjami. Pierwszym, co przeczytałam w tej książce, była tak naprawdę ostatnia z nich. O ile jestem tym typem osoby, która nie ogląda trailerów filmów, nie czyta opisów książek, które zamierza wypożyczyć lub kupić… tutaj musiałam zacząć od końca. Zwłaszcza, że tak naprawdę znałam zakończenie. Jest nim przecież to co mijam na co dzień, idąc na zakupy do marketu, czy na uczelnię. Jest nim to, na co patrzę z okna pociągu, autobusu lub tramwaju. To także to, czego staram się nie widzieć, co starannie omijam okiem obiektywu, robiąc zdjęcia. Zakończenie tej książki nie zmieściło się na jej stronach, ono jest widoczne po odłożeniu jej na półkę i spojrzeniu przez okno. Ja chciałam wiedzieć, co było bezpośrednio przed zakończeniem. Filip Springer zaproponował mi odpowiedź. Jest nią krótka statystyka umieszczona pod nagłówkiem „Lekcja plastyki”.

Przez całą opowieść przewinęło się może kilka-kilkanaście osób, którym brzydota otoczenia przeszkadzała, którzy chcieli swoim działaniem na nią wpłynąć. Większość bohaterów reportaży ma natomiast zupełnie lekceważący stosunek do problemu. „Zajmij się czymś ważniejszym” – wydają się mówić, albo nawet mówią. „Wanna z kolumnadą” pokazuje smutną prawdę, jak bardzo Polakom nie zależy na estetyce miejsc, na jak niskim poziomie jest ich poczucie piękna, a co więcej – jak nisko cenią sobie wrażenia wizualne, w stosunku do potencjalnego zysku. Tak też powstają skupiska banerów reklamowych – bo jeden wisiał, to drugi obok nie zaszkodzi, co z tego, że po chwili już go nie widać spod dwudziestu następnych.

Książka pięknie wydana, bogata w świetne zdjęcia, uzupełniające materiał tekstowy, a czasem potęgujące jego przesłanie. Reportaże napisane są bardzo przyjemnym językiem, co chwila miałam ochotę w jakiś sposób zaznaczyć sobie jakiś fragment aby łatwo móc do niego wrócić. Czasem dowcipnie, nawet jeśli to taki śmiech przez łzy, bo oto kolejna inwestycja miesza w krajobrazie. Chyba jedyną wadą „Wanny z kolumnadą” jest wysoka cena w stosunku do długości czytania. A to jest bardzo negatywna cecha czegoś, co chyba powinien przeczytać każdy.

Ostatecznie, czym więc była ta zmiana w postrzeganiu krajobrazu, o której napisałam na początku wpisu? Teraz, patrząc na ten sam brzydki billboard, na te same sfinksy przy wejściu do mijanego budynku czy kolejną makabryłę, widzę za tym ludzi. Zastanawiam się, jak wyglądał proces szpecenia krajobrazu; czy w ogóle pojawił się chociaż raz ten kluczowy moment, kiedy ktoś z zewnątrz miał powiedzieć „nie”?

Ten wpis postanowiłam urozmaicić zdjęciami mojej rodzinnej miejscowości oraz miasta powiatowego obok. Myślę, że pasują.

Spodobał Ci się ten tekst? Podziel się nim z innymi!
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Email this to someone
  • Niestety w większości z tych ‚zaśmiecających’ krajobraz rzeczy to bilbordy i znaki, jest ich masa.

    • eV

      W przypadku znaków drogowych jest nadzieja że znikną – za kilkadziesiąt lat, kiedy wszystkie samochody będą sterowane przez komputery. A billboardy zostaną. Jestem przekonana, że zostaną.

      • Bilbordy mogą stać się bardziej wkurzające, świecące i rozpraszające. Już tak jest w niektórych miastach.

        • eV

          Zdarzyło mi się raz widzieć reklamę, która nie dość, że świeciła to jeszcze się dość szybko obracała. Współczuję wszystkim kierowcom, którzy musieli na to patrzeć. I tym, którzy to postawili, głupoty.

          • Któregoś dnia jadę z naszymi synkami i patrzę, a z daleka świecą światła z karetki. W pewnym momencie przejeżdżamy obok, a tam reklama migająca, która raziła po oczach, jak i jednocześnie przykuwała uwagę. Współczuję tym co mieszkają nad nią.

  • Skarżysko takie piękne ♥
    A tak na serio, to to jest miasto bez pomysłu, to wiadomo od zawsze. Jak najprościej i jak najtaniej, to nasze, skarżyskie motto. Bo przecież bieda, bo bezrobocie, nikomu się nie chce. Wiesz, że pamiętam ten moment, gdy w Skarżysku pojawił się pierwszy billboard? Na bloku na Piłsudskiego, pierwszym, którego widać z E7. Czego to była reklama to już nie pamiętam, ale była niebieska. I pomyślałam wtedy, że w końcu i do nas zawitała cywilizacja, bo w Warszawie mają już takich pełno, a u nas nic… O mamo, jaka ja byłam wtedy głupia…

    • eV

      Suchedniów, Skarżysko, nawet Kielce – wszystko to leży w ciemnej dupie, gdzie nic nie rośnie. Co jakiś czas coś zbudują, coś co nie jest nikomu potrzebne. Ja też, jak byłam mała, chciałam aby to miejsce się rozwinęło, aby było bardziej „miejskie”. Ach, gdybym trochę lepiej znała jego ostatnią historię, to dowiedziałabym się, jak bardzo skurczyło się w ciągu ostatnich parunastu lat. I pamiętam pierwsze billboardy, dla mnie kilka z nich wydawało się istnieć od zawsze – wiecznie te same pozdzierane Okna PCV, z wypłowiałym tekstem, na pomarszczonej folii. Ostatnio nawet wymienili te Okna, dawno nic mnie tak nie zdziwiło jak odświeżenie billboardu.

    • Lauren

      To była reklama okien PVC! (czy też raczej PCV, bo tak widnieje na większości bilboardów…) Pamiętam, bo patrzyłam na nią za każdym razem, kiedy wracaliśmy z wakacji z rodzicami :D Teraz chyba wisi tam wskazówka, jak dojechać do Lidla.

      • Tak, faktycznie, tak właśnie będzie!

        Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja zwracałam na to uwagę :P

  • Tłumaczę sobie, że miłość do kolumienek została Polakom po szlacheckiej tradycji :)

  • W mojej rodzinnej miejscowości nie jest lepiej, chociaż muszę przyznać, że nowy zarząd wziął się do roboty i zaczął upiększać miasto (mówię o Szczytnie), zamiast szpecić. Wrocław, mimo dbania o wygląd i estetykę nadal bywa bardzo bilbordowy (zwłaszcza w starszych częściach miasta oddalonych od rynku). To ma jakiś taki prl’owski klimat, który przypomina mi dzieciństwo i dawną epokę. Nie podoba mi się ten brak estetyki, oczywiście, że nie. Chciałabym się cieszyć estetycznym i designerskim banerem/neonem reklamowym, który nie szpeci. Może kiedyś się doczekamy? ;)

    • eV

      Tutaj poruszyłaś dodatkowy temat – bo czepiam się tego, że billboardy są, ale warto rozważyć ich samą formę. Skoro już te reklamy muszą wisieć, to chociaż mogłyby być mniej szpetne same w sobie. Tym, co widać na ulicach jest natomiast jakiś wysyp złego designu, brzydkiej typografii i poczucia humoru na poziomie co najmniej żenady. Czy się kiedyś doczekamy? Może i tak – ale nie w Polsce, gdzie każdy przedsiębiorca ma w rodzinie synka-ciotki-wujka-koleżanki-babci, który zaprojektuje taki billboard za darmo.

      • Nie wiem, jestem jakoś mniej sceptyczna, albo bardziej naiwna, że wierzę, że się polepszy :D Zobaczymy ^^

  • Niestety coraz więcej billboardów nas otacza i szybko się to nie zmieni. Na szczęście daleko nam do Nowego Yorku – tam chyba można dostać oczopląsu. Ja idąc przez miasto staram się nie widzieć tych reklam, kup na chodniku i śmieci w rowach – patrzę na naturę, która gdzieś tam się przebija i jest piękna!!!

    • eV

      Śmieci to niestety bardzo duży problem. Ludzie nie czują, że miejsce które zaśmiecają w jakimś sensie także należy do nich. Czy to billboard, czy papierek po cukierku – tak łatwo zniszczyć coś pięknego. Zazdroszczę Ci, że potrafisz tak patrzeć, żeby tego nie widzieć. Bo ignorancja ignorancją, ale w tym przypadku chyba nic już się nie da zrobić.
      A Nowy Jork to zupełnie inna kultura. Tam w centrum się pracuje i patrzy na te reklamy tylko przez część dnia. Potem wraca się do wielkiego podmiejskiego osiedla domków kopiuj-wklej, gdzie jest cisza i spokój. Polska też by tak chciała, ale w Polsce na takich osiedlach nie ma roślinności, a są tylko płoty. Ja osobiście, nie mogłabym mieszkać ani tak ani tak.

  • Lauren

    ach, Skarżysko </3

  • Lauren

    ach, to Skarżysko… < / 3

  • Z chęcią przeczytam tę książkę, bo porusza temat, który mnie dobija – ułańska fantazja w architekturze i przestrzeni.
    Kiedy przeprowadziłam się do Warszawy myślałam, że umrę. Nie wiedziałam dlaczego boli mnie codziennie głowa. Kiedy wróciłam do stolicy z Mazur, zaatakowały mnie bannery i neony, wciskające się do mych oczu zewsząd. Zaczęła pękać mi głowa od krzykliwej kakofonii powierzchni reklamowych i zagadka się rozwiązała.
    To jest ogromy problem i wkurza mnie, że jest on bagatelizowany. Że nic nie jest robione, by tę wszędobylską, oczojebną fantazję poskromić.

    • eV

      Kary są zbyt niskie w porównaniu do tego, ile taki ktoś rozwieszający baner może zyskać. Poza tym, te wszystkie instytucje są strasznie powolne i nieskuteczne. Potrzebne by było lepsze prawo, które uporałoby się ze szpeceniem krajobrazu – ale to nie interesuje nikogo tam wyżej. I przez to mamy to co mamy. I powiem Ci, że jak byłam ostatnio w Warszawie, to stwierdziłam, że chyba nie tam jest najgorzej, a przynajmniej nie w centrum.

      • Nie wiem, czy jest gorzej, czy nie, ale moje oczy są już zmęczone. Wszędzie mnie atakuje brzydota, pstrokacizna, monstra architektoniczne, banery i reklamy. Nigdy nie przypuszczałam, że tak będzie mnie to drażnić. Pozostaje mi mieszkać w lesie, bo w intencje i zainteresowanie rządzących nie wierzę ;)

  • Uwielbiam Springera, o czym już kiedyś wspomniała. A dzięki niemu zainteresowałam sie socjologią w architekturze.
    Książki nie czytałam, jeszcze [podkreślam], ale mam zamiar kupić sobie zaraz po wypłacie, bo jakoś ostania zaniedbałam nowości w domowej biblioteczce.

    A co do samego tematu… u mnie, w Krakowie, też są miejsca naprawdę paskudę. I to wcale nie na obrzeżach, a w centrum.
    Groteska w architekturze, to chyba jest jeden z moich ulubionych tematów, jakie zadano mi w szkole fotograficznej ;)

    Jak przeczytam książkę, to pogadamy bardziej ! ;)

    • eV

      Te reportaże są świetne. Teraz w wolnych chwilach nadrabiam jego publikacje w internecie, też jest co czytać.

      Pochwal się zdjęciami, jakie zrobiłaś :)

  • Nie znoszę tych wszędobylskich tablic, reklam i innego badziewia. Szczególnie smutno i nieciekawie wygląda to późną jesienią, gdy jest już szaro a te straszydła dodają jeszcze brzydoty. W moim mieście jest niestety sporo takich miejsc, ponadto wiele fajnych budynków zburzono w latach 70 m.in Stację Poczty Konnej wybudowanej w latach 30. XIX wieku. Oczywiście, teren miał być gotowy pod nowe (nomen omen) moje osiedle. Tylko, że w tym miejscu nie stoi blok, ale jest kilkanaście drzew. W latach 70 wciąż uważano, że XIX wieczne to żaden zabytek i można burzyć, pod te wszystkie klockowate budynki epoki Gierka. Potem w latach 90 doszły tablice reklamowe i voila.

    • eV

      Do tego obrazu brzydkiej jesieni szczególnie pasują najbardziej postrzępione, wyblakłe po całym lecie wiszenia i oblepione kurzem reklamy. Ta słynna „złota polska jesień” po drugiej stronie medalu.
      Mówisz o Dąbrowie Górniczej?
      Lata 70. miały tę przewagę nad współczesnością, że budynki stawiano w mieście. Prawda, wyburzono całą masę pięknych zabytków, nawet nie wspominając już o zieleni. To co się natomiast dzieje teraz wcale nie jest rozwiązaniem lepszym. Deweloper stawia osiedle daleko, daleko za miastem, potem każdy członek wprowadzającej się rodziny musi mieć swój własny samochód, bo inaczej nie da rady. Budowana jest więc szeroka droga, gdzie sam jej wlot do miasta to wyburzanie. Samochody generują spaliny i hałas, zużywają benzynę -> kolejne negatywne skutki dla środowiska. Myślę, że porównanie tego stawiania osiedli w mieście, nie patrząc, czy coś tam już nie stoi z lat 70. do obecnego trendu budowania hen za miastem mogłoby być tematem naprawdę ciekawej debaty.

      • Tak, Dąbrowa Górnicza. Miasto, podobnie jak Będzin czy nawet Zagórze (dzielnica Sosnowca, ale kiedyś krótko samodzielne miasto) bardzo ucierpiały wskutek budowy Huty Katowice. Wtedy wyburzono całe połacie starych kamienic i budynków, z których część można było spokojnie pozostawić np. kamienice na Sobieskiego prawie w centrum miasta. Kamienice zburzono a zamiast nich postawiono jeden niewielki budynek, który teraz (jak i wtedy) pasuje jak pięść do oka. Pod Osiedle Mydlice – Północ wyburzono większą część długiej ulicy Okrzei (dawniej Ulmana) – wtedy też zburzono prawie 70 letni budynek dawnej Synagogi. Ja rozumiem postęp i zmiany, ale już w latach 80. te nowe budynki wyglądały często nieszczególnie. Trochę przetrwało, ale było zasłaniane przez reklamy. Coś się jednak zmienia a w tym roku jest 100 lecie miasta :)

        • eV

          Budowanie masowo, nie ważne czy dobrze i nawet nie ważne czy tanio – byle szybko, byle dużo. Teraz my zbieramy za to cierpimy. Szkoda, że tak wiele budynków zostało wyburzone. Chyba nie słyszałam jeszcze o innym przypadku w Polsce, gdzie zlikwidowano tak wiele obiektów, jak lista którą przedstawiłeś i która – domyślam się – jest tylko wybiorem z o wiele większej całości. Niestety, już się ich nie przywróci, najważniejsze to nie pogarszać sytuacji. Mam nadzieję, że z okazji tego 100 lecia władze miasta skupią się na tym, poważnym przecież, problemie.

          • To były budynki XIX wieczne – wtedy uznawane zazwyczaj za bezwartościowe, przeżytki. Bardziej ucierpiał Bedzin, któru stracił dawny Rynek, który istniał od początku istnienia miasta. Zburzoną prawie całą pierzeję północną i całą zachodnią. Dawniej rynek był ładnie położony pod Zamkiem, Kościołem i Synagogą. Tę ostatnią zniszczyli Niemcy 3 września 1939 roku.

  • Maja Jusiak

    Znam temat :) Zawsze jak patrzę na te brzydkie tablice i inne reklamy to wydaje mi się, że tak jest tylko w Polsce, a później wpadają mi do głowy obrazki z innych części świata i w sumie…wszędzie są takie miejsca i takie bannery, reklamy, tablice..

    • eV

      Prawda, wszędzie są. Z tym, że Polakom brakuje takiego wstydu przed umieszczaniem tego na zabytkowych starych miastach, w miejscach kultury i dziedzictwa. Wystarczy przyjechać latem do Gdańska – obok dworca głównego od wieków trwa remont jakiegoś zabytkowego budynku – trwa, bo gdyby skończyli to musieliby zdjąć szmatę H&Mu. Gdzieś w oddali nowy wynalazek – Gdańsk Eye. Albo raczej Tyskie Eye, jak się przyjrzeć. Może po prostu zacytuję książkę omawianą we wpisie:

      „Eksperyment z bólem oczu będzie można powtarzać u nas jeszcze przez lata. Będziemy wsiadać do samochodu gdzieś w Niemczech i ruszać na wschód. Albo gdzieś w Czechach, by skierować się na północ. Po minięciu niewidzialnej granicy poczujemy lekkie ukłucie, lecz pojedziemy dalej. Ból będzie narastał, ale przecież wiemy, że w końcu minie. Jakoś go oswoimy.
      Zresztą wcale nie musimy jechać. Możemy polecieć samolotem, wsiąść w Monachium (na wieży lotniska zobaczymy napis „München”) albo w Pradze (na wieży będziemy mogli przeczytać „Praha”) i wylądować w Warszawie (z wieży powita nas „Samsung”).”

  • super zdjęcia! Od dłuższego czasu śledzę profil Polisz Arkitekczer na FB i niestety jest to śmiech przez łzy. Straszne co się dzieje w tej naszej Polsce..

    • eV

      Uwielbiam ten profil. Zawsze gdy poczuję potrzebę czarnego humoru, wchodzę dokładnie tam. To jest z jednej strony śmieszne – ale to jest ten sam gatunek niekontrolowanego śmiechu, co gdy ktoś się przed Twoimi oczami potknie. Zwłaszcza gdy uświadomisz sobie, że każdy post to nie kolejny wytwór internetu, a często ogromna bryła, którą setki lub tysiące ludzi musi codziennie mijać, idąc lub jadąc do szkoły czy pracy.

  • Jako osoba pracująca w branży stwierdzam – koniecznie MUSZĘ przeczytać tę książkę.

    Ale prawda jest taka, że nawet jesli architektowi (bo Inwestorowi bardzo rzadko) zależy na dobrym i harmonijnym odbiorze obiektu, często spotyka się ze ścianą urzędników, którzy niemal zawsze wiedzą co lepiej będzie wyglądać. Smutna prawda.

    • eV

      Zdecydowanie polecam :)

      Ściana urzędników to jedno (choć to ta sama ściana, która usuwa jeden baner reklamowy przez pół roku i dzień później pojawia się nowy). Czasami przeróbki lokatorów mogą przyprawić o zawrót głowy. Czasem nawet bardzo piękny budynek można zepsuć umieszczeniem przed nim obowiązkowej kolekcji krasnali ogrodowych.

      Miałaś może jakieś ciekawe perypetie z urzędnikami? Z chęcią poczytam, zwłaszcza jeśli umieściłaś je u siebie na blogu :)

      • Oj, zdarzały się ciekawe perypetie z urzędnikami ;)
        Jeszcze ich nie umieszczałam w ramach serii o Menelach, ale chyba będę musiała. Widzę, że nie tylko znani mi urzędnicy mają…hm… wyobraźnię ponad przeciętną ;)

  • Mnie najbardziej denerwuje pozbywanie się terenów zielonych w miastach na rzecz parkingów i kolejnych biedronek. No i w większych miastach wszechobecne reklamy na każdym rogu. A blokowiska mimo wszystko mają swój urok, są takie swojskie. :)

  • NO piękne te zdjęcia… Az odechciało mi się do Polski..;( Ja w pamięci mam i pielęgnuję zupełnie inne kadry :). Obecnie przebywam w bardzo malowniczym miejscu pod francuską granicą ( Niemcy) i tu gdzie mieszkam wprawdzie reklam tak nachalnych nie ma ,ale za to to co ludzie robią z pięknymi i często zabytkowymi domami przyprawia o ból głowy. W ogóle „tutejsi” są chyba jakoś upośledzeni estetycznie. Np. ostatni sąsiedzki trend to zastępowanie trawy, trawników i kwiatów kamlotami , albo kamykami , a w ramach „ozdoby” na tych kamykowych trawnikach stawiają granitowe słupki. I są z siebie dumni ,że mają czysto i ładnie. Każda elewacja ma inny kolor , a zbędne ozdoby czy w postaci gzymsów, czy nawet okiennic są usuwane . Nie wiem, może kurzu za dużo łapią albo co. Głupota ludzka nie zna granic i myślę ,że mimo wszystko nie jest z nami (Polakami) aż tak źle. :). A książkę juz zamawiam. Dzięki

    • eV

      Kamulce są jeszcze nie aż tak złe jak wylewanie wszystkiego betonem, lubiane przez niektórych architektów. „Czysto i ładnie” jest, ale czy zdrowo i rozsądnie? Niekoniecznie. Celowego usuwania dekoracji elewacji totalnie nie rozumiem. Tutaj w Polsce nikt się nad tym nie zastanawia – detale architektoniczne giną pod płytami styropianowymi i poczucie estetyki nie ma z tym nic wspólnego. Efekt ten sam, i chyba głupota też ta sama. Z drugiej strony jak zmusić do myślenia o pięknie kogoś, kto myśli o chlebie? I nie mam tu na myśli skrajnej nędzy, a też to że w każdej sytuacji człowiekowi będzie czegoś brakować, niezależnie od tego, czy mieszka w Polsce czy w Niemczech przy francuskiej granicy. Dziękuję za komentarz :)