Wpis dodany: Luty 29, 2016 2:27 pm w kategorii:

Dzisiaj w nocy śniła mi się wioska położona w sercu lasu. Dziki teren, porośnięty gęsto zielenią pełen był małych, parterowych domków ułożonych na pagórkach tak jakby czas dopasował ich kształt do zakrzywienia podłoża. Pomimo braku siatki ulic (pomiędzy domami nie biegły nawet wydeptane ścieżki), wioskę przecinała wąska, ale ruchliwa, ulica. Kiedy się obudziłam, w głowie kłębiło mi się mnóstwo myśli, a jedna z nich brzmiała: nie mogłabym mieszkać poza miastem.

miasto

Pod koniec XX wieku zaczęła pojawiać się w Polsce moda na zamieszkiwanie terenów podmiejskich. Być może był to zachwyt amerykańskim stylem życia, a może po prostu niechęć do centrów miast, kojarzących się albo z rozsypującymi się kamienicami, często nienadążającymi za współczesnymi potrzebami domowników, albo za szarymi blokowiskami z wielkiej płyty. W nich z kolei można czasem odnieść wrażenie, że wraz z sąsiadami stanowi się jedną, wielką rodzinę – gdzie każdy widzi kiedy ktoś inny wychodzi i słyszy kiedy ktoś właśnie załatwia swoje sprawy w toalecie. Nie dziwię się, że ludzie zapragnęli znowu mieć swój kawałek podwórka, a na nim swoje cztery ściany (czyli innymi słowy domek typowy z katalogu) i garaż na trzy samochody. Jeszcze tylko przydomowego basenu brakuje, ale poza tym jedno z marzeń na liście można odhaczyć.

Po jakimś czasie pomysł podłapali deweloperzy i i tam zaczęli stawiać bloki. Mała zabudowa wielorodzinna, czasem duża zabudowa wielorodzinna, wysoki standard wykończenia i widok na malowniczy teren w którym do czasu znalezienia się kupców nikt jeszcze niczego nie wybuduje. Jakaś chwytliwa nazwa, mówiąca o tym, że miejsce jest malownicze, spokojne i z pewnością ma wartość historyczną i już ludzie gnają z centrów miast na przedmieścia.

miasto

Zalety mieszkania na przedmieściach

Chyba największą zaletą przedmieścia jest cena. Taka sama działka w środku miasta będzie zawsze o wiele droższa, a to się także przekłada na koszt mieszkań deweloperskich. Inną kwestią są możliwości szaleństwa projektowania – podczas gdy w mieście często Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego bardzo konkretnie wskazuje jak ma wyglądać dom na danej działce, daleko za miastem można się oddać większej fantazji. Zwłaszcza tam, gdzie takiego planu nie ma i decyzja o zabudowie jest podejmowana tylko na podstawie sąsiednich budynków. Dzięki temu można tam spotkać domy typu „koszmar dekarza”, „marzenie sprzedawcy farb” albo „na ch*j mi architekt”. W kontraście do tego są jeszcze osiedla identycznych domków – dla tych, którzy lubią większy porządek i wolą codziennie liczyć domki na swojej ulicy, niż wyłamywać się przed szereg.

Kolejne zalety widać już podczas zamieszkiwania – jest raczej cicho (dopóki sąsiad nie kupi sobie wieży i nie zacznie robić regularnego grilla w towarzystwie reklam środków na pieczenie, swędzenie i upławy), stosunkowo bezpiecznie (bo mniej ludzi na kilometr kwadratowy) i spokojnie. Przedmieścia kojarzą się z posiadaniem własnego ogródka, z brakiem sąsiadów robiących kilkuletni remont i możliwością zorganizowania imprezy bez zamartwień, że ktoś wezwie policję z powodu hałasu. Czy tak wygląda rzeczywistość podmiejskich osiedli? Nie sądzę.

mieszkać poza miastem

Wady mieszkania na przedmieściach

Jeśli mieszkanie poza miastem komukolwiek kojarzy się z zielenią, ogródkiem i dbaniem o przyrodę, to będę musiała go zasmucić. Z takimi działkami wiąże się pociągnięcie wszystkich mediów (kabli, rur, kanalizacji) przez długie kilometry, poprowadzenie dróg i tym samym często wycinka lasów. Potem może okazać się, że brakuje komunikacji publicznej, że autobus miał być, ale było za mało pasażerów, że do stacji kolejowej trzeba przejść dwa kilometry lub kilometr przez bagnisko, a rowerem i tak za daleko. Więc każdy ma samochód. Nie każdy dom, a każdy człowiek – i mama i taka i siostra i brat. Jak tylko osiągną pełnoletność, dostają swoje własne auto, aby rodzice nie musieli ich wozić do szkoły. Potem te wszystkie samochody robią codziennie tę samą trasę z domu do miasta i z miasta do domu (—>w międzyczasie zajmując mnóstwo miejsca na ulicach). Nawet aby przejść się na spacer trzeba gdzieś najpierw dojechać samochodem, bo co to za wycieczka pomiędzy domami sąsiadów. Z całą pewnością klimat i przyroda na tym tracą.

Problemem jest właśnie to, że wszędzie jest daleko – do sklepu, do biblioteki, do centrum kultury i do kina. Do każdego z tych miejsc planuje się całą podróż. Na uczelni trzy godziny okienka i więcej nie skutkują powrotem do domu na obiad – bo tego nawet nie zdążyłoby się odgrzać. Zamiast powrotu szuka się zajęcia na miejscu, a więc najlepiej mieć ze sobą laptopa, książkę i materiały do nauki na kolejne zajęcia. Ewentualnie spacer do pobliskiej galerii handlowej, aby wydać na śmieciowe jedzenie cztery razy więcej niż na obiad, który i tak się zje po powrocie. Znajomym też się nie chce przyjeżdżać, bo daleko, bo oni nie mają samochodu, bo ostatni autobus o dziewiętnastej trzydzieści i na półtora godziny się nie opłaca. W końcu mieszka się na osiedlu-sypialni, budzącym się do życia na chwilę wieczorem i na trochę dłuższy czas w weekendy, a za dnia martwym i opustoszałym jak miasto duchów.

mieszkać poza miastem

samochodowe miastomieszkać poza miastem

mieszkać poza miastem

Dlaczego wolę mieszkać w mieście?

Bo jestem zbyt leniwa, aby mieć wszędzie daleko. Mieszkając 20 minut spacerem od politechniki, mogę pojawić się tam w każdej chwili, nic nie kusi mnie aby nie pójść na jakiś wykład tylko dlatego, że danego dnia nie ma żadnych innych zajęć. Ani nie stracę dużo czasu, ani nie zmarnuję całego dnia na dojazdy. Mogłabym też mieszkać w rowerowej odległości, ale wtedy byłoby trudniej zimą, choć osobiście znam wielu rowerzystów, którym oblodzony chodnik nie straszny. Oba te sposoby dotarcia na uczelnię są na tyle aktywne, że w razie braku czasu na sport nie muszę się martwić, że zapomnę jak się chodzi. Gdybym jeździła na uczelnię samochodem, szybko mój tryb życia zamieniłby się w 100% siedzący.

Poza tym, lubię się przejść po mieście. W tym momencie pieszo jestem w stanie dojść i do śródmieścia Gdańska i na molo w Sopocie (choć to drugie to już dłuższy spacer). Mogę wybrać się pooglądać murale na Zaspie albo falowce na Przymorzu. Nie potrzebuję biletu na autobus aby odwiedzić Brzeźno czy Morenę, ale jeśli skorzystam z komunikacji publicznej, to na miejscu zobaczę jeszcze więcej. Najbliżej mam do zrewitalizowanej ostatnio części Wrzeszcza Dolnego – spacer po tym pięknym miejscu nie wymaga żadnych przygotowań, wychodzę z domu i po chwili jestem na miejscu. Górny Wrzeszcz też ma swoje ciekawe zakątki. Praktycznie idąc w dowolną stronę z wynajmowanego mieszkania w środku miasta mogę natrafić na coś ładnego. A że i stację SKM mam blisko, w każdej chwili, niewielkim kosztem, mogę odwiedzić Gdynię.

W przeciwieństwie do tych osiedli-sypialni miasto jest w ciągłym ruchu. Wyglądam przez okno i widzę przemieszczające się samochody, ludzi idących chodnikiem czy odwiedzających okoliczne sklepy. Czuję, że spełniona jest ta niewytłumaczalna potrzeba poczucia, że zegar się nie zatrzymał, że nie jestem ostatnim żyjącym człowiekiem na świecie, że wokół toczy się życie. Zawsze w tych filmach o samotnych nawiedzonych domach najbardziej przerażało mnie to mieszkanie na odludziu, gdzie w jakiejś tragicznej sytuacji nie ma wokół nikogo, kogo można by było zawołać. Wśród miejskiej anonimowości pewnie również nikt nie odpowiedziałby na wołanie o pomoc – ale przynajmniej by je usłyszał, to nie byłby niemy krzyk.

Poza tym, w mieście zawsze jest cieplej. Osobiście pokochałam życie w ocieplonym bloku po dwudziestu latach spędzonych w surowej jednorodzinnej kostce, takiej jakie budowano w latach 70. Teraz domki jednorodzinne oczywiście się ociepla – można wręcz pójść o krok dalej i stworzyć dom energooszczędny a nawet pasywny – a te wymagają naprawdę porządnej warstwy izolacji. Miasto jednak tworzy wokół siebie wyspę ciepła – dzięki intensywnej zabudowie i jeszcze intensywniejszemu życiu ludzi w niej i wokół niej, klimat miast ma zupełnie inne właściwości. Oczywiście zanieczyszczenie powietrza też jest większe, to jest ogromną wadą. Na szczęście wiedza o tym wzrasta i może w końcu i Polska będzie miała bardziej ekologiczne i zdrowe miasta. Do tej pory mamy, niestety, krakowską szarość.

Miasto ma też swoje wady

Choć mniejsze. Czasem chciałoby się uciec od tego zgiełku, od zaglądających za firanki przechodniów i agresywnie wyglądających typów za narożnikami ulic. Czasem chciałoby się nie słyszeć wrzasku dziecka sąsiadów albo nie wdychać smrodu idącego chodnikiem palacza. Czasem przeglądając oferty mieszkań na wynajem, ta mniejsza cena kusi, aby jednak zamienić dom w sypialnię a weekend w spanie do 14, bo nikt wcześniej nie obudzi odgłosem wiertarki.

Chyba jednak nie zniosłabym tego braku życia za oknem, nawet gdyby było to najpiękniejsze okno i najtańsze jednocześnie.

mieszkać poza miastem

Spodobał Ci się ten tekst? Podziel się nim z innymi!
Share on Facebook9Tweet about this on TwitterShare on Google+7Pin on Pinterest0Email this to someone
  • W weekend uświadomiłam sobie, że przez całe studia traciłam dwie godziny dziennie na dojazdy (a mieszkam zaledwie ok. 6,5 km od uczelni, 4,5 km od centrum miasta). Jakoś tak mnie to uderzyło, że mieszkający wtedy w akademiku mój chłopak poświęcał na dojście 1/4 tego co ja. Nic dziwnego, że miał lepsze oceny ;)

    • eV

      Wszystko też zależy od tego, w jaki sposób odbywa się ten dojazd. Najgorsze są takie, które mają przesiadkę, albo kilka przesiadek – wtedy musisz pilnować się aby wysiąść w dobrym miejscu i czekać na przystanku kilka razy. Ja traciłam o wiele więcej od Ciebie na dotarcie do liceum (nie z przedmieścia, a z małego miasteczka) i wtedy powiedziałam sobie, że nigdy więcej. Znam osoby, które pomimo dojazdów mają świetne oceny, ale to są wyjątki – ja już na pierwszym roku przetestowałam, że się do nich nie zaliczam.

  • Kiedyś myślałam, że nie mogłabym mieszkać w mieście (pochodzę z miasteczka tuż obok Warszawy), a jednak ;) człowiek to istota, która do wszystkiego jest w stanie się przystosować ;)

    • eV

      Tylko że czasami jest to przystosowanie a czasami osiągnięcie granic wytrzymałości – nie wszystko da się znosić tak długo, aby się przyzwyczaić i nie do wszystkiego warto – na przykład do marnowania całych godzin dziennie na dojazdy.

      • Ja na przykład teraz trochę tęsknię za tymi dojazdami – miałam więcej czasu na czytanie książek, teraz jakoś przelatuje mi między palcami, bo zawsze jest co innego do zrobienia :)

  • Też uwielbiam mieszkać w mieście. Mimo wszystko wolałabym w domku, niż w bloku czy kamienicy. Jednak na Śląsku jest to jak najbardziej możliwe, w mieście też są ulice z domkami jednorodzinnymi. W Katowicach jest to na tyle fajne, że tam również jest zazwyczaj dobry dostęp do komunikacji, obok są markety i w zasadzie nadal wszędzie jest blisko. Oczywiście mamy zadupia, ale jeśli ktoś się postara to może mieszkać w domku i jednocześnie mieć dostęp do wszystkiego. :)

    • eV

      Jasne, miasto to nie tylko bloki i kamienice. Także w centrum Gdańska jest mnóstwo uliczek domków jednorodzinnych – i wcale nie jest tam głośno albo brudno, jak niektórym mogłoby się wydawać.
      Na śląsku zawsze fascynowało mnie to, jak te miasta funkcjonują razem – że praktycznie nie ma wyraźnych granic między jednym a drugim, że mieszkając w Katowicach możesz mieć sąsiada w Chorzowie czy Sosnowcu :D

  • Ja obecnie mieszkam na wsi i szczerze tego nie znoszę. Załatwienie czegokolwiek lub zwykłe zakupy to zawsze wielka wyprawa, co gorsza teraz jestem bez samochodu więc tracę masę czasu na dojazdy. Nie lubię tego małomiasteczkowego klimatu, wiecznie zainteresowanych moim życiem sąsiadek i prac na ogródku. O całorocznych przygotowaniach do zimy (jak ja kocham centralne ogrzewanie :/) nawet nie wspomnę.
    Przez dwa lata mieszkałam w Warszawie i mimo, że to miasto nie należy do moich ulubionych to zakochałam się w miejskim życiu. Wszędzie było blisko i zawsze coś się działo. Myślę, że życie w mieście jest też wygodniejsze dla rodziców, bo jest większy wybór szkół (nie wyobrażam sobie posłać dziecka do szkoły w mojej miejscowości) i zajęć pozalekcyjnych.

    • eV

      Absolutnie się z Tobą zgodzę. Przez pierwszych 20 lat życia mieszkałam w małym miasteczku i – odkąd zaczęłam chodzić do liceum do większego miasta – mój dom zamienił się w noclegownię, bo ani nie było co robić w okolicy ani sensu aby wracać w przerwach, nawet kilkugodzinnych. Sąsiedzi – dokładnie tak jak piszesz. Niektórzy potrafili wymienić wszystkich mieszkańców, których nie zobaczyli w niedzielę w kościele. Zima – nie do zniesienia, i wewnątrz i na zewnątrz. I ostatecznie, co do zajęć dodatkowych – tak naprawdę nigdy nie pogodziłam się z tym, że w dzieciństwie nie miałam możliwości uczyć się języków albo gry na instrumencie. A no i że 5 lat walczyłam o dostęp do Internetu – najpierw 4 z rodzicami, potem cały rok z firmą działającą w moim miasteczku, która nie mogła sobie poradzić z wyznaczeniem pracownika, który będzie na tyle kompetentny aby podpiąć głupie kable.

  • Lubię podmiejski klimat, ale to bardzo indywidualna sprawa ?

  • Ja bym zdecydowanie wolała mieszkać na przedmieściach, ale takich gdzie komunikacja dojeżdża bez problemu:)

    • eV

      Obawiam się, że takich przedmieść nie ma. Miasta starają się skomunikować nawet te nieszczęsne osiedla deweloperskie, ale nie opłaca się puszczać często autobusu, którym będzie jeździć osiem osób. Dlatego wydaje mi się, że słaby dostęp do tych miejsc (poza samochodem) jest cechą nie do zlikwidowania.

      • WKD działa jak marzenie, w godzinach szczytu jeździ co 15 minut, a do tego praktycznie nie ma opóźnień :)
        Ale Kolejom Mazowieckim nie ufam ;)

        • eV

          Ach, jeśli przedmieścia są obsługiwane przez kolejkę, to prawie jakby były w mieście :D.

  • Ja za to raczej nie mogłabym mieszkać w mieście.

    • eV

      Dlaczego? :)

      • Bo całe życie spędziłam i nadal spędzam na wsi i jakoś ciężko byłoby się przestawić na ten miejski młyn, hałas, zanieczyszczenie, tysiące ludzi. itp.

        • eV

          Hałas i zanieczyszczenie to ogromne wady miast. Choć często łatwiej przyzwyczaić się do szumu samochodów niż pojedynczego sąsiada. Dzięki za komentarz :)

          • Gdybym np po maturze wyjechała na studia do większego miasta byłoby na pewno o niebo inaczej. Z różnych względów wybrałam uczelnię blisko domu też w mieście, ale mniejszym niż np Warszawa , Kraków czy Katowice. I nie mieszkam tam na co dzień, bo jest na tyle blisko, że nie muszę. To dużo zmienia Co do komentarza nie ma za co dziękować. Zapraszam do siebie.

          • eV

            Moi rodzice bardzo nalegali, abym poszła na studia blisko domu – na szczęście nie było tam mojego kierunku. Dojeżdżałam za to przez 4 lata do liceum i absolutnie miałam tego dość. Na Twojego bloga chętnie zajrzę :)

          • A co studiowałaś ? Z góry dziękuję za komentarz jeśli go zostawisz.

          • eV

            Jeszcze jestem w trakcie studiów architektonicznych.

  • Fajny temat! Dorzucę swoje trzy grosze, z perspektywy rodowitej warszawianki, mieszkającej obecnie pod miastem. Wyprowadziłam sie z Warszawy w klasie maturalnej, a właściwie wyprowadziliśmy sie całą rodziną. No i pierwszy rok studiów tłumaczyłam, jak to jest że wszyscy przyjezdni się tu wprowadzają, a ja się gdzieś przeniosłam. Nie podobało mi się, wkurzały mnie spóźniające się pociągi, sznur takich samych segmentów, infrastruktura i inne takie. Przyszło kolejne przetasowanie życiowe, zmieniłam lokalizację. Nadal pod Warszawą, jeszcze mam dalsze dojazdy, ale teraz to lubię. Zwyczajnie ze względu na miejsce, bo mieszkam w pięknej Podkowie Leśnej. Jeżdżę na rowerze do sklepu i biblioteki. Czytam książki w kolejce. Biorę pod uwagę pracę niekoniecznie w Warszawie. Za to miejscowość, w której mieszkają rodzice nadal mi się nie podoba, to wpadam do nich często
    Prosty wniosek na koniec: mogę mieszkać niekoniecznie w mieście, byle w miejscu, które (po)lubię.

    • eV

      Zdecydowanie się z Tobą zgodzę – polubienie jakiegoś miejsca jako takiego, może zrekompensować wiele jego braków. Jeśli jeszcze sklep i bibliotekę masz w rowerowej odległości, to naprawdę nie jest źle. Czy często odwiedzasz Warszawę, czy bardziej czujesz się związana z Podkową Leśną? :)

      • Z każdym miejscem jestem związana, tylko w inny sposób.
        Studiuję i pracuję w Warszawie, więc jestem w niej prawie codziennie :)

  • Moim zdaniem wszystko zależy od tego, do czego się przyzwyczaimy. Ja od dziecka mieszkam w malutkiej miejscowości i jestem nauczona do tego, że musiałam dojeżdżać 50 km na uczelnię, do tego, że muszę dojechać do kina czy teatru. Z jednej strony czasem chciałabym mieć to wszystko pod ręką, jednak z drugiej strony cenię sobie spokój, malowniczą okolicę, piękne lasy i to wszystko co mam u siebie.

    • eV

      Tak samo można się przyzwyczaić do mieszkania w jednym pokoiku z trójką studentów, do budynku nieogrzewanego, albo do posiadania łazienki na zewnątrz – ale na szczęście na ogół mamy wybór.
      Ja również dojeżdżałam, na szczęście tylko do liceum (ale to z każdego dnia było od 2 do 5 godzin zabrane) i szczerze mówiąc – za bardzo szkoda by mi było życia, żeby się do tego przyzwyczajać. Nie mogłabym do tego wrócić.

  • Też nie lubię mieć wszędzie daleko, dlatego idealnym rozwiązaniem dla mnie jest mieszkanie ani w samym centrum, ani na przedmieściach. Mam trochę swojego terenu, a równocześnie dość blisko do ścisłego centrum;)

  • Od dziecka mieszkałam w malutkim mieście, ok. 70tys. ludności. Rzeczywiście, wszędzie miałam blisko, w takim mieście to nawet zbyt dużego zgiełku nie ma. A jedna zawsze mnie ciągnęło poza miasto. I teraz mieszkam 4 km dalej i bardzo sobie to cenię, choć wszędzie muszę dojechać samochodem. Nie mniej twój punkt widzenia jest bardzo ciekawy. Pozdrawiam.

  • „Nietransparentnie.pl” – wyjątkowa nazwa wśród wszelkich nazw. Lubisz pisać długie teksty. Jestem bardzo ciekawa czy tworzysz je specjalnie takimi obszernymi czy po prostu masz na tyle lekkie pióro, że tekst pojawia się jak makiem zasiał?

    Pochodzę z wioski. Nie wiem czy mogę porównać wioskę z przedmieściem, ale zdecydowanie wolę swój rodzinny dom. Wrocław daje mi motywację, popycha do przodu i do osiągania sukcesów, a moja wioska daje mi niewyobrażalny spokój, śpiew ptaków w środku nocy i ogromną siłę do działania. Pisałaś w swoim tekście o anonimowości i tu mam swoje własne zdanie – nie ma już jej nigdzie. Ludzie są ciekawi innych ludzi i zawsze jest ktoś kto śledzi nasze działania.

    Używasz ciekawych porównań – łatwo je sobie wyobrazić.

    Dziękuję Ci serdecznie za zgłoszenie się do rankingu „AUTOR niezwykły”.

    Z pozdrowieniami,
    Dominika Rzepka
    http://www.sergouda.blogspot.com

    • eV

      Lubię pisać długie teksty, ponieważ każdy z nich tworzy pewnego rodzaju całość – osoba która go otworzy powinna dostać komplet informacji na jakiś temat. Samo ich pisanie też nie zajmuje mi dużo czasu – więcej trwa poprawianie błędów, edycja zdjęć i ich umieszczanie.

      Fajnie, że zarówno duże miasto jak i wioska napędzają Cię do działania – dzięki temu niezależnie od tego, gdzie będziesz, zawsze będziesz pełna energii i motywacji – gratuluję takiego podejścia!
      Co do anonimowości – nawet jeśli zawsze ktoś śledzi nasze działania, to w mieście jest to prosty proces obserwacji, każdy jest częścią pewnego rodzaju ulicznego przedstawienia. Po zejściu ze sceny, jego twarz gdzieś się rozmywa w pamięci – nawet jeśli cała akcja zachowa się tam bardzo dobrze. W wiosce natomiast pozostaje się tą konkretną „córką tamtej / bratem tamtego / nauczycielką w tej szkole”. W wiosce chodzi się z przyczepioną do twarzy tabliczką z imieniem i nazwiskiem – bo przecież wszyscy je znają.

      Dziękuję za komentarz :)

  • Ja również mieszkam w mieście i na chwilę obecną jest to dla mnie wygodne, wszędzie jest blisko- do sklepu, a w przyszłości do przedszkola dziecka, wszystkiego wokół jest sporo i to jest duża zaleta. Łatwo jest się przemieszczać- do dyspozycji autobusy czy tramwaje. Nie traci się zbyt wiele czasu na dojazd do/z pracy. Jednak przyznam, że w przyszłości marzy mi się właśnie dom z ogrodem , w spokojniejszym miejscu :)

  • Ciekawy punkt widzenia, ale mysle, ze wszystko zalezy od perspektywy, potrzeb i rodzaju przedmiescia. Bo z opisu raczej wychodzi mi wies albo nawet domek w lesie. Wtedy rzeczywiscie wszedzie jest daleko i trzeba ciagnac kable. Ale przedmiescia czy wioski to przeciez zamieszkiwany i cywilizowany teren, sa sklepy, szkoly i nawet oddzial poczty sie znajdzie.
    Dla mnie, ktora wychowala sie w wiosce i do kazdej ze szkol dojezdzala do innego miasta, byloby to zwyczajnie normalne, ale wyobrazam sobie, ze dla osob, ktore sa przyzwyczajone do miejskiego tryby zycia. Fajny post i podoba mi sie, jak piszesz :) pozdrawiam

    • eV

      Przez 20 lat mieszkałam na końcu świata. Była szkoła, do której szłam ponad pół godziny (obecnie zlikwidowana z powodu niespelaniania warunków ewakuacji, a i sanitarnych – jedna łazienka w piwnicy 4-pietrowego obiektu). Potem było gimnazjum które miałam od domu jakieś 4 kilometry. Nienawidziłam go z całego serca. Do liceum dopiero dojeżdżam do sąsiedniego miasta. W skrajnych, choć nierzadkich, sytuacjach potrafiło mi to zabrać ponad pięć godzin z doby. Wiem, że nie każda wieś i nie każde miasteczko jest takie do niczego. Ale takie mam wspomnienia – stale likwidować fabryki, brak miejsc pracy i przyszłości. Pozostali jedynie starzy ludzie i pary które zaciążyły w gimnazjum. Znam przypadki miasteczek które się rozwijają jakoś, albo są na tyle blisko dużych miast że dojazd potrafi trwać mniej niż z jego dalszych dzielnic. Tylko czy o takich terenach można powiedzieć, że są poza miastem?

      • Wiadomo, inny punkt widzenia i inne oczekiwania i potrzeby i kazdemu bedzie odpowiadac co innego.