Wpis dodany: Listopad 2, 2016 10:18 am w kategorii:

Nawet nie wiem, kiedy to się stało, ale właśnie minął okrągły rok, odkąd postanowiłam, że „chociaż spróbuję” przejść na wegetarianizm. Początkowo nie planowałam o tym pisać na blogu, ponieważ nie jest to związane bezpośrednio z jego tematyką. Po głębszym przemyśleniu, uznałam, że jednak zbyt wiele myśli zakłębiło się w mojej głowie przez ten czas i marnowaniem byłoby nie przelać ich w chociaż krótki tekst. Poza tym, wokół wegetarianizmu wciąż krąży zbyt wiele irytujących mitów. Chcę zostać kolejnym żywym przykładem na to, jak niewielki mają one związek z rzeczywistością. Zapraszam więc do przeczytania, jak wyglądał mój pierwszy rok bez mięsa i w jaki sposób wegetarianizm wpłynął na moje życie.

rok bez miesa

Powód

Według wielu osób, niejedzeniu mięsa musi przyświecać jakaś wyższa idea. Chęć uratowania małych świnek z fabryki szynki, czy wpłynięcie na wielkie koncerny przemysłu spożywczego, wykręcające kurom dzioby. Są też ludzie, którzy myślą, że jest to nowa moda mająca na celu uzyskanie kilku dodatkowych punktów do bycia hipsterem lub efekt oddziaływania viralowych filmików na Youtube.

Dla mnie była to wyłącznie prosta decyzja. Nie będę ukrywać, że wyjątkowo uproszczona tym, że nigdy nie byłam wielkim smakoszem, a część mięs najzwyczajniej mnie obrzydzała (co nie zmienia faktu, że do zeszłorocznego święta Wszystkich Świętych, na moim studenckim stole gościł naprzemiennie kurczak i mięso mielone z marketu). Zmiana diety miała więc być próbą. Bez konkretnych terminów, bez większych zobowiązań. Wtedy, 1 listopada, uznałam, że jeśli kiedyś zachce mi się mięsa, to do niego wrócę. Zanim to nastąpi, po prostu sprawdzę, co kryje dieta bezmięsna i co w ogóle można zjeść na obiad, rezygnując z wymienionego wcześniej kurczaka.

Taki dzień, o dziwo, nie nadszedł do dziś. Teraz jednak mam wrażenie, że długo do mięsa nie powrócę – jeśli w ogóle ma się to kiedykolwiek wydarzyć.

Wegetarianizm otwiera oczy

Ten nagłówek mógł zabrzmieć jak oszołomstwo, ale nie wiem jak inaczej nazwać towarzyszącą niejedzeniu mięsa świadomość ekologiczną. W zasadzie, chodzi o wiele tematów, o których do tej pory nie myślałam zbyt wiele. Tym, co pojawiło się jako pierwsze, była informacja o ogromie przestrzeni marnowanej na pola uprawne. Marnowanej, bo wiele powstającego na tych terenach jedzenia przeznaczane jest na wieloletnie karmienie każdego zwierzaka, którego potem człowiek zjada na obiad. Do tego czasu, niezależnie od tego czy taka krowa czy świnia gniecie się na kawałku podłogi hali magazynowej (bardziej prawdopodobne), czy radośnie hasa po łące (mniej), wywiera niemały wpływ na środowisko. Różne źródła przedstawiają różne informacje na temat szkodliwości hodowli zwierząt. Nawet pomimo możliwych ekonomicznych pozytywnych stron, takich jak wzbogacanie się biedniejszych państw na hodowli zwierzęcej, wciąż bardziej do mnie przemawiają dane, które przedstawiają zbiór negatywów. Hodowla zwierząt to hodowla odpadów. Kilkadziesiąt miliardów hodowanych rocznie zwierząt to emisja gazów cieplarnianych w ogromnych ilościach. Poza tym, ile osób można by było wykarmić, gdyby mnóstwo pożywienia nie wykorzystywano na paszę dla zwierząt. A ile? Wystarczy spojrzeć na zdjęcia z satelity – jaką część naszej planety zajmują pola uprawne. Nawet jeśli to mniej niż 1/3 tych terenów, to wciąż są to niewyobrażalnie duże połacie przestrzeni. Wszystko po to, abyś mógł zjeść wieprzowinę na obiad.

O tym, w jakich warunkach żyje wiele zwierząt przeznaczonych na mięso, chyba dość wiele osób wie. Łatwo znaleźć nagrania z wielkich ferm, gdzie w brudnych i ciasnych magazynach zwierzęta tłoczą się i zadeptują na śmierć. Ich hodowla ma oczywiście na celu wytworzenie jak najwięcej mięsa, więc firmy szukają jak najlepszych sposobów na zwiększenie ich masy mięśniowej, przy jak najmniejszych nakładach finansowych. W sumie, to nigdy nie wiesz, co jadło zwierzę, które kiedyś wyląduje na Twoim talerzu, jakie choroby przechodziło i jakie środki medyczne lub chemiczne zostały mu podane. Przecież nie możesz odwiedzić fabryki, z której wyszedł kurczak za 12 zł za kilogram, nawet jeśli ta cena wydaje się być podejrzanie niska w porównaniu z kosztami, jakie w normalnym gospodarstwie niosłaby kilkuletnia hodowla zwierzęcia.

To jest właśnie kolejny temat – jedzenie jest obecnie tanie, więc człowiek wyrzuca go mnóstwo. Schowany na pół roku do zamrażarki kawałek schabu i wywalony po czasie z powodu nieświeżości to nic w porównaniu z tym, ile mięsa wyrzucają sklepy i markety. Jeszcze w niektórych funkcjonuje półka z wyprzedażą produktów bliskich dacie końca przydatności do spożycia – w innych po prostu wyrzuca się całą zawartość lodówki na śmietnik. Surowe mięso ma bardzo krótki czas przydatności, więc jest ekonomicznie bardzo nieopłacalne. A mimo to, jest tanie. Biorąc pod uwagę, że duże firmy nie chcą tracić, oczywiście najgorzej wychodzą na tym zwierzęta. A co z promocjami typu -20% na całe mięso? Konsument się cieszy, bo zdobył polędwicę za kilka złotych, ale tak jak w przyrodzie nic nie ginie, tak te kilka brakujących monet skądś jest zabierane.

Tutaj pojawia się temat osoby kupującej mięso. Najłatwiej by było zrzucić winę na osoby zarabiające mniej, więc mogące sobie pozwolić jedynie na najtańsze mięso, podczas gdy bogatsi będą kupować produkty z naklejką „Eko” lub prosto od konkretnego rolnika. Nie lubię tego typu wyrzutów. Problemem nie jest cena i jakość mięsa a jego ilość. Ludzie kupują znacznie więcej niż potrzebują, co potem przekłada się na ilość wyrzucanego mięsa. Organizm potrzebuje substancji odżywczych zawartych w mięsie zwierzęcym (o tym później) ale nie w takich ilościach, jakie zapewnia jego wypchany po brzegi wózek w Biedronce. Gdyby zapotrzebowanie na mięso było mniejsze, hodowla byłaby mniej intensywna, czyli mniej szkodliwa.

Mit drogiego wegetarianizmu

Nie zamierzam nikomu wciskać wegetarianizmu, bo wiem, że to nikogo nie przekona. A nawet jeśli – to jedna osoba świata nie zmieni. Chciałabym jednak napisać o kilku mitach, które można usłyszeć na temat porzucenia diety mięsnej na rzecz tej „roślinnej”. Jak pisałam wyżej, mięso jest tanie. Wydawać by się mogło, że w przeciwieństwie, do „tego czegoś” co jedzą „zamiast mięsa” wegetarianie. Bierze się to właśnie z pierwszego, często spotykanego błędnego założenia, że osoby wege muszą to mięso zastępować jego odpowiednikiem. Paróweczki sojowe, bezmięsna szynka czy inne produkty imitujące te odzwierzęce potrafią być bardzo drogie (a przy okazji, najczęściej, nie są zbyt smaczne). Może się też wydawać, że ugotowanie czegoś wegetariańskiego to praca na cały etat, nie nadająca się dla studenta, który po przyjściu do domu najchętniej na obiad zjadłby paczkę kabanosów.

Z mojej strony to jednak oszczędność zarówno czasu jak i pieniędzy. Sporą część produktów kupuję w postaci puszek (rośliny strączkowe) lub mrożonek (różnorakie mieszanki warzyw). Do tego dochodzą zielone liście, które prawie że zawsze kupuje się w formie gotowej do spożycia, nawet już umyte – np. jarmuż, szpinak. Ryż, makaron, kasza – wiadomo, trzeba ugotować, ale dotyczy to i nie-wegetarian. Pokrojenie cukinii czy obranie pieczarek to nawet nie ¼ czasu potrzebnego na pokrojenie kurczaka. Więcej zachodu może wymagać co najwyżej wymyślanie sosów czy dodatków, ale tu z pomocą przychodzi Internet i masa blogów typu Jadłonomia.

Początek wegetarianizmu

Co jeśli to ktoś inny ma coś ugotować dla wegetarianina? Przede wszystkim trzeba mu powiedzieć o swojej diecie, nawet jeśli jest to często niemile kojarzone w naszej kulturze.

Pamiętam, jak w zeszłym roku jechałam do rodziców na święta. Długo zwlekałam z przyznaniem się do tej sporej zmiany w życiu, pomimo że wiedziałam, że będzie to konieczne. Oczywiście zdziwili się, zaakceptowali, ale pojawiło się pytanie: to co ja będę jeść. Problemu oczywiście nie było, choć do dziś pamiętam ten tydzień czucia się dość niezręcznie w kuchni u rodziny. Podobnie jest za każdym razem, kiedy odwiedzam znajomych i dostaję propozycję zjedzenia obiadu. Jak tu nie mówić każdemu, że jest się wegetarianinem, kiedy czy chcemy czy nie, życie kręci się wokół jedzenia. Już nieraz na miejsce jakiegoś większego spotkania, w którym uczestniczyłam, zostało wybrane miejsce nieserwujące bezmięsnych dań, bo uznałam, że nie będę się afiszować.

Problem restauracji

A właściwie dwa problemy. Pierwszym jest to, że posiłek bezmięsny często nie jest traktowany jako obiad. Nie zliczę, ile razy miałam w rękach menu, w którym poszczególne kategorie brzmiały następująco: przystawki, dania mięsne, dania rybne, desery, napoje. Ani jednego obiadu dla wegetarianina. Czasem da się znaleźć pierogi ze szpinakiem albo pizzę z cebulą i pieczarkami, jednak będąc w obcym mieście często trzeba się naszukać miejsca, gdzie można będzie coś zjeść.

Drugim problemem jest to, że sprzedawcy z lokalach gastronomicznych często sami nie wiedzą, co znajduje się w potrawach, które sprzedają. Nie zdarzyło mi się to jeszcze zbyt wiele razy, bo na mieście jem coś raz na ruski rok i na ogół wybór pada na sieć Bioway, ale wiem, że bardzo częstą sytuacją spotykającą wegetarian zamawiających jedzenie w nie-wege lokalach jest dowiadywanie się, że ich obiad zawiera mięso dopiero po jego skosztowaniu. Kiedyś myślałam, że jeśli jest się wegetarianinem z przyczyn światopoglądowych, to takie mięso powinno się zjeść, aby nie zostało wyrzucone, czyli jeszcze bardziej zmarnowane. Teraz wiem, jak głupie było takie myślenie. Odpowiedz sobie na pytanie: czy zjadłbyś mięso ze szczeniaczka, gdybyś się o tym dowiedział po pierwszym gryzie? Jeśli odpowiedź brzmi „tak”, to chyba nie mamy o czym rozmawiać.

Na szczęście, jest całkiem sporo miejsc, gdzie wegetarianin może zjeść. Moim ulubionym jest Bioway, gdzie za kilkanaście zł można napełnić sobie talerz rozmaitymi pysznościami, bez niepewności, że gdzieś pomiędzy nimi ktoś ukrył kawałki kurczaka. Albo rybę.

– Ja poproszę bez kotleta.
– To rybka!
     ~cytat z obiadu na jednej studenckiej konfie

Futra i skóry

Jak już pisałam, nie jedząc mięsa zaczęłam patrzeć szerzej na problemy związane z hodowlą zwierząt. Jednym z nich są futra i skóry. W przypadku pierwszych, istnieje duża świadomość w społeczeństwie odnośnie tego, że są one produkowane kosztem zwierząt. Prawdziwe futra, nie dość że kojarzą się z za mocno wyperfumowanymi babciami w autobusach, to po prostu świadczą o kimś jako o osobie nienawidzącej zwierząt. Nie znam nikogo, kto chodzi w prawdziwym futrze. Nikomu nie przeszkadza też jakość futer sztucznych. Pomimo ich nienaturalnego włosia, ludzie cenią sobie ich brak zapachu i niską cenę. Przyznajcie mi rację – wszyscy wychowaliśmy się na bajce 101 dalmatyńczyków, gdzie zła Cruella de Mon (w oryginale ‚de Vil’) postanowiła zrobić sobie z biednych piesków nowe palto, co było bezapelacyjnie złe i niedobre.

Na skóry natomiast nikt nie narzeka. Ich noszenie jest społecznie wręcz wskazane. Blogi o modzie, dyktujące obecnie styl ubierania się, wyraźnie piszą, że na spotkania biznesowe, do pracy czy po prostu aby wyglądać elegancko konieczne są buty skórzane. Torebka skórzana Wittchen z Lidla to obowiązek każdej modnej damy. Skóra znaczy jakość, a jakość znaczy musisz to mieć, niezależnie od ceny. Nikt nie stworzył bajki 101 prosiaczków, która opowiedziałaby o tym, że aby taką torebkę wyprodukować, muszą zginąć zwierzątka.

Ludzie więc kupują buty ze skóry, które w założeniu mają być bardziej wytrzymałe niż te z dermy, ale w rzeczywistości i tak przez większość czasu leżą w szafie. Sama mam takie buty. Kupiłam je parę lat temu na Allegro za 10 zł.

Skutki wegetarianizmu

Minął rok, więc pewnie dużo zmieniło się w moim organizmie. Ja tego nie czuję. Suplementuję witaminę B12, odżywiam się o wiele lepiej niż kiedykolwiek, czuję się tak samo źle jak każdej innej jesieni. Może trochę mniej się pocę, ale nie wiem czy ma to bezpośredni związek z niejedzeniem mięsa. Waga ta sama, aby schudnąć musiałabym najpierw trochę mniej lubić kraftowe piwo i ciasteczka. Mimo to, coraz dalej mi do jakiegokolwiek rozważania powrotu do jedzenia mięsa.

Mięso mi śmierdzi – zwłaszcza ryba i niedogotowany kurczak. W tych dwóch przypadkach odsuwam się od spożywających to osób na stosowną odległość. O spożywaniu mięsa jedynie myślę w kontekście ewentualnego próbowania lokalnej kuchni w państwach, które mogłabym kiedyś odwiedzić. Jednak, zanim to nastąpi, pewnie już dawno będę widzieć w tego typu posiłkach wyłącznie padlinę.

Spodobał Ci się ten tekst? Podziel się nim z innymi!
Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Email this to someone
  • Mimo iż wegetarianką nie jestem, jem bardzo niewiele mięsa. I rzeczywiście masz rację – mięso śmierdzi. Do tego naprawdę ciężko trafić na takie dobre gatunkowo. A jest spora grupa produktów, którymi to niejedzenie mięsa można zastąpić.

    • eV

      Łatwo też trafić na mięso zepsute, łatwo go niedogotować. Cieszę się, że nie muszę się tym przejmować :). Zastępowanie mięsa jest proste, bo w sumie większością smaku i tak są zawsze odpowiednio dopasowane przyprawy. A z cieciorki można zrobić cuda.

      • Cieciorka moim ulubieńcem! <3 Jak na razie najbardziej lubię ją jako pastę do kanapek albo jako dodatek do makaronu czy sałatek, ale czuję, że wypróbuję jeszcze sporo przepisów z nią. :D
        A co do wegetarianizmu – jem mięso, ale mam myśli i skłonności ku temu, aby kiedyś spróbować go nie jeść. Pewnie przyjdzie taki moment, chociaż na chwilę.

        Pozdrawiam, bardzo fajny artykuł!

        • eV

          Jeśli już teraz masz mnóstwo pomysłów na dania bezmięsne, to jesteś milion lat do przodu za osobami, które w życiu nie widziały kanapki bez szynki :) A spróbować wegetarianizmu warto, zawsze można bez problemu z niego zrezygnować, jeśli uznasz, że to nie coś dla Ciebie. Dziękuję za komentarz.

  • Lubie czytac o wegetarianach lub weganach, choc nigdy ani jednym ani drugim nie zostane, ale wiele przepisow jest po prostu zdrowe, wiec nie mam nic przeciwko sprawdzeniu nowych burgerow czy golabkow bezmiesnych :) Z drugiej strony zwyczajnie smakuje mi mieso, wiem jakich witamin i potrzebnych skladnikow mi dostarcza ,nie przesadzam z jego iloscia ale tez sobie nie odmawiam. Na pewno kazdy organizm jest tez rozny, ja kieruje sie tym czego akurat w danym momencie moj potrzebuje i na co mam ochote. Staram sie przy tym respektowac srodowisko, wybierac mieso ( a takze nabial) ze znanych mi zrodel- tak tez bylam nauczona od dziecinstwa jedzac mieso z gospodarstwa moich dziadkow, gdzie takie kurki czy krowki mialy wolne wybiegi. Czuje sie zdrowo jedzac rozne skladniki w inteligentnych ilosciach.
    Trzymam kciuki za wytrwalosc, bo Twoja droga to tez z pewnoscia droga odpowiednia dla Ciebie :)

    • eV

      Bardzo zdrowe podejście. Gdyby ludzie potrafili ograniczać spożycie mięsa tylko do takich ilości, jakich potrzebują, pewnie inaczej wyglądałaby hodowla. Kupując mięso rzadziej niż codziennie, ludzie mogliby przeznaczyć na nie trochę więcej pieniędzy, więc mogliby wybrać lepsze. Niestety, to tak jak z jajkami. Skoro 6 z wolnego wybiegu kosztuje tyle samo co 12 z klatki, to ludziom włączy się szybko przelicznik w głowie i wezmą większe opakowanie. Nawet jeśli po dwóch tygodniach połowa wyląduje na śmietniku. Naprawdę, dla mnie to nie jedzenie mięsa jest największym problemem, a ten brak umiaru wśród ludzi, który z kolei tak chętnie wykorzystują duże korporacje. Dlatego, jeśli korzystasz ze sprawdzonych źródeł, to cieszę się, że nie zasilasz tej niszczącej środowisko maszyny.

  • Czy niejedzenie mięsa wpływa na kreatywność? Poprawia ją? Jeśli tak – od jutra mogę rzucić kotlety :)

    • eV

      Trudno ocenić :D. Wydaje mi się, że na kreatywność najbardziej wpływają czysto psychologiczne aspekty, jak poczucie misji, możliwość uzyskania nagrody, konkurencja… Dieta może co najwyżej poprawić lub pogorszyć nastrój i dopiero pośrednio to wpłynie na siłę twórczą. Ja sama na sobie w tym zakresie nie odczułam żadnej zmiany. Ale ogólnie jedzenie w małym stopniu na mnie wpływa. Są ludzie, którzy robią się np. źli kiedy są głodni. Trzeba by było ich zapytać xD.

      • Bardziej chodziło mi o to, czy jedzenie mięsa nie sprawia, że człowiek czuje się „ociężały intelektualnie”. Czyli odwrotnie niż po (jak najbardziej roślinnej) kawie ;)

        • eV

          Pamiętam tę ociężałość po mięsnych obiadach. Nie była to najprzyjemniejsza rzecz, ale dość szybko mijała. Tak jak mówię, jedzenie ma na mnie mały wpływ, wymieniona kawa również. Być może tak jest, że teraz mam więcej chęci do tworzenia, do wymyślania nowych rzeczy i energii do działania. Ale w żaden sposób nie jestem w stanie potwierdzić tego, że to dzięki zmianie diety, a nie np. przeprowadzce do innego miasta, nowej pracy czy trochę lepszej sytuacji finansowej.
          Ale polecam spróbować. Zrobić sobie bezmięsny tydzień albo miesiąc i zobaczyć, czy coś zmieniło się w Twoim życiu. Dużo na tym nie stracisz, a możesz poznać jakieś nowe fajne dania :).

          • W sumie mały odwyk nie jest zły ;)

          • eV

            Jeśli się zdecydujesz, daj znać jak było :D.

        • Bardzo dobre pytanie :)

  • Podoba mi się Twoje podejście do wegetarianizmu, chociaż nie ze wszystkim się zgadzam. Podoba mi się przede wszystkim zdrowe, rozsądne podejście, ale właśnie nie na siłę. Po prostu z wyboru :) Ja np. bardzo lubię kurczaka i wiem, że z niego nie zrezygnuję, a inne mięsa są dla mnie zupełnie niepotrzebne. Uwielbiam pierogi ze szpinakiem i lubię je tak bardzo, że nawet nauczyłam się robić je w domu :)

    • eV

      Jedzenie mniej mięsa to zawsze dobry krok. Najgorsze są osoby, które postanawiają, że specjalnie dla wegetarian „zjedzą mięso za nich”. Gdyby ludzie jedli tylko tyle mięsa ile potrzebują, być może udałoby się uniknąć problemów z wielkimi fermami.

  • Ugotowanepozamiatane.pl

    To prawda, z jedzeniem na mieście jest ciężko

  • Ja jestem mięsożercą i choć raz w tygodniu muszę zjeść troszkę mięska :) Chociaż wędlin i kiełbas nie jem już od jakichś 2 lat.

  • Kobieto jak Ty możesz żyć bez mięsa? Przecież nie ma nic piękniejszego od wielkiego burgera z bekonem! Ok – piękniejsze jest tylko widok ciała kobiety ale burgery są tutaj zdecydowanie na drugim miejscu!

    • eV

      Widzisz, każdy ma inny zestaw estetycznych potrzeb :D. Dla mnie jedzenie nigdy nie było czymś najważniejszym, zwłaszcza ta obiadowa część, służąca aby się napchać. Mimo to, poznałam mnóstwo świetnych, bezmięsnych potraw, które nawet smakowo odpowiadają mi bardziej niż kawałki zwierzęcia xD.

      • Bęzmięsne burgery to tylko Krowarzywa. Reszta to tylko jakaś pokraka :p Mięso musi być

        • Dla Ciebie tak. Ale nie mów, że nie da się zrobić wege-burgerów, bo się da :) Ja jadam takowe i są rewelacyjne.

          • Oczywiście że się da! Bez seksu też się da żyć… tylko po co? :P

          • Jeśli ktoś to „czuje” że nie chce jeść mięsa, to po co przekonywać go, że powinien robić tak jak JA?

          • Ależ nikt nie zamierza przekonywać! Póki co to jeszcze wolny kraj. Ja tylko komentuje, bo mnie to ciekawi :)

          • To czemu tak uporczywie tkwisz przy burgerze? Raz się wypowiedziałeś- wg Ciebie niejedzenie mięsa jest bez sensu i OK!

          • Nie no, kotlety mielone też są smaczne.

          • :-D

  • Ciekawe. Chociaż jednak liczyłam na jakieś efekty w samopoczuciu czy wadze. Też się zastanawiam nad rzuceniem mięsa, ale najpierw chcę wybrać się na testy na nietolerancje pokarmowe. No i prawda jest taka, że wcale tak dużo tego mięsa nie jem i nie kupuję. Wolę warzywa czy owoce. Twój eksperyment mnie jednak zaciekawił :-)

    • eV

      Bardzo nie chciałabym ściemniać, że zmiana diety zmieniła mnie w innego człowieka. W rzeczywistości nie czuję żadnej zmiany, poza właśnie tym zmniejszonym poceniem się. Może na coś takiego potrzeba więcej czasu niż rok, a może zawartość talerza ma na człowieka mniejszy wpływ niż można przeczytać w gazetach i na blogach. Ale polecam przetestować na sobie – co organizm to inna reakcja :).

      • Nie wiem czy zrezygnuję z mięsa całkiem, ale myślę o tym od jakiegoś czasu. Zwłaszcza, że coraz trudniej dostać takie, które wygląda zjadliwie :-/ A co do efektów – cóż, zobaczy się :-) W końcu wszystko zależy od tego, co jesz zamiast :-)

  • Byłam wegetarianką przez jakiś rok, mam wielu znajomych wegetarian a nawet wegan, nie jest to dla mnie ani nowe, ani szokujące- lubię potrawy bezmięsne i znam wiele przepisów na nie – nawet kiedyś masowo umieszczałam je na blogu kulinarnym….który trochę zaniedbałam :)
    Nie wiem jak niejedzenie mięsa wpłynęło na mnie- ani schudłam, ani przytyłam. Na pewno po powrocie do mięsa nie mogłam jeść przez kilka lat mięsa wołowego- miałam wrażenie skrętu kiszek. Teraz mogę, ale raczej nie jem :) Jadam tylko mięso z indyka i to niezbyt często, średnio raz w tygodniu. Czasem kurczak. Natomiast dieta wege jest dla mnie OK – tylko trzeba wiedzieć czym zastąpić mięso.

    • eV

      Masz rację – ludzie z wegetariańskiej diety robią czarną magię, natomiast obecnie nie ma w tym nic trudnego ani zadziwiającego. Po prostu wybiera się inne produkty w tym samym markecie. Oczywiście zawsze wiąże się to z różnorakimi przemyśleniami, ale tutaj każdy ma zupełnie inny powód, dla którego rezygnuje z mięsa.

  • Oczami Humanistki

    Ja przeszłam na wegetarianizm w drugiej klasie gimnazjum i nie jem mięsa ponad 4 lata. Niestety zjedzenie czegoś na mieście ze znajomymi często jest problematyczne. Ale tak swoją drogą to wegetarianizm jest super – tyle świetnych rzeczy można sobie ugotować, że to jest po prostu wspaniałe. No i cieciorka <3 <3 <3
    U siebie na blogu również pisałam o wegetarianizmie, więc jeśli masz ochotę to zapraszam :)

    • eV

      Z cieciorki można zrobić chyba wszystko :)
      Bardzo chętnie przeczytam, jak u Ciebie to wygląda.

  • Witaj w klubie, u mnie też prawie rok :) Sama nie wiem, w którym momencie przeszłam na bezmięsną dietę – to się stało bardzo płynnie. Choć wcześniej byłam strasznym mięsożercą :)

    • eV

      Trudno nie być strasznym mięsożercą, kiedy tego uczy społeczeństwo, w jakim żyjemy. Że najważniejszą częścią obiadu jest schab czy kurczak, że jak pizza to tylko mięsna. Tego też uczy nadmierne patrzenie na ekonomiczność zakupów – czyli jeśli pierogi z szpinakiem, który jest tani, kosztują tyle co te z mięsem, które z założenia powinno być droższe, większość osób weźmie to drugie. Trzeba więc podjąć konkretną decyzję, czy się chce dalej ciągnąć to jedzenie mięsa, czy czas zmienić dietę. A płynne likwidowanie mięsa z diety pewnie wychodzi najlepiej :).

      • O właśnie. Dziwi mnie jak bardzo społeczeństwo pragnie zajrzeć do Twojego talerza i zmusić do jedzenia tego czy owego. Zresztą, jakiś czas temu opisałam na blogu najczęstsze reakcje otoczenia na wiadomość o tym, że nie jem mięsa – od zdziwienia i żałości aż po kpiny.

        • eV

          Haha, czytałam ten wpis :D Na szczęście udało mi się uniknąć wszelkich osób, które próbowałyby mi na siłę / dla śmiechu wcisnąć jakieś mięso. Niestety, wegetarianizm niesłusznie cieszy się u nas dość złą sławą :/.

  • Świetny tekst! Ja sama nie jestem wegetarianką, chociaż uważam, że wegeludzie są bohaterami. Serio! Przyczyniają się do propagowania idei niejedzenia mięsa i produktów od zwierzęcych w takim stopniu, ze nawet jeśli ktoś nie zrezygnuje z mięsa, a je ograniczy, to i tak zrobi bardzo dużo dla naszego środowiska! Przecież większość ludzi w Polsce je mięso 6-7 dni w tygodniu i to czasem nawet do 3 posiłków! A gdyby ograniczyli to jedzenie mięsa do 3 razy w tygodniu?! Do mnie przemawiają właśnie zmiany klimatyczne, wycinanie lasów deszczowych i to, że my „ludzie Zachodu” wielce współczujemy biednym murzynkom i innymi ubogim krajom, a zajadamy się mięsem, które zjada jedzenie, które oni mogliby zjeść. To strasznie pyszne i ręcz obrzydliwe jak dla mnie. Aa, napisałam, że nie jestem wegetarianką, bo nie umiałabym powiedzieć, że od teraz do końca życia nie tknę mięsa. Tym bardziej, że w moim życiu ważne są podróże, a jeżeli w jakiejś kulturze dania z mięsem są ważne, to chcę ich spróbować. Co przekłada się na to, że ostatnio mięso jadłam w sierpniu, a wcześniej w kwietniu. :) W Polsce nie jem serów w ogóle, mleko zastępuję kokosowym. Też może mi się 2-3 razy od lipca zdarzyło wypić normalne w kawie. Nie mogłabym być jednak weganką z powodu jajek i miodu. Można je kupować u lokalnych rolników i tym zwierzętom się naprawdę nic nie dzieje, kury chodzą często po jakiś prywatnych terenach, a pszczółki od tego pszczelarza latają nawet w moim ogrodzie. :) I nie uważam, żeby dieta bez mięsa była jakaś trudna. Vege miski to najprostsze dania świata! Polecam przejść na dietę beglutenową, bezmleczną, bezcukrową i bezmięsną, wtedy z człowieka wychodzi prawdziwa kreatywność w kuchni. ;D Teraz jestem na poście więc jem tylko warzywa, nawet nie mogę olejów czy nasion, a pizzę z kalafiora już zrobiłam. ;D

    • eV

      Doskonale Cię rozumiem. Sama nie wiem, jak bym się zachowała, gdybym była w jakiejś dalekiej podróży i miała możliwość skosztowania lokalnego przysmaku, w którego skład wchodziłaby np. ryba. Moim zdaniem w wegetarianiźmie nie chodzi o wymęczanie się na wyścigi (dlatego nie jest to dieta dla każdego, a tylko dla tych, którym niejedzenie mięsa nie utrudnia życia), a o świadome podejście do skutków takiej a nie innej diety. Określenie siebie wegetarianinem jest pomocne, kiedy chce się uniknąć mięsa jedząc poza domem. To jak postanowienie, a nie cyrograf. Z drugiej strony, jeśli chce się mięsa jeść mniej, ale nie rezygnować z niego, to już jest dobra decyzja w stronę naszej planety.
      Do weganizmu mi trochę dalej, bo w przeciwieństwie do wegetarianizmu, tutaj już potrzebne jest więcej czasu i wysiłku. Bo miód można zastąpić syropem klonowym, nabiał tofu, a mleko krowie mlekiem sojowym/migdałowym, za to samo to że trzeba skreślić od razu większość produktów w sklepie (z czekoladą włącznie). To już jest większy wysiłek. Można zrobić krok w tę stronę i wybierać tylko jajka z wolnego wybiegu (dla mnie to od dawna norma, i tak nie zjadłabym całego opakowania klatkowych) albo unikać produktów z olejem palmowym, którego produkcja wyniszcza lasy deszczowe.
      Dieta bezglutenowa to już prawdziwy hardcore. Osoby, które się na nią decydują, albo są skazane z przyczyn zdrowotnych zdecydowanie muszą kombinować w kuchni. Dzięki za komentarz!

  • Przez wiekszosc tekstu mialam wrazenie dejavu, ale to zwyczajnie dlatego, ze mam podobne podejscie :) Z tym, ze ja od roku zdecydowalam sie na diete weganska, wiec odrzucam wszystko odzwierzece. Duzo latwiej bylo mi zrobic ten drugi krok (pierwszy to takze bylo odstawienie samego miesa), bo krowa, ktora zostanie kiedys kotletem, wczesniej w chamski sposob wykorzystywana jest dla mleka. Nie chcialam miec wiec nic wspolnego z tym cierpieniem, a nie tylko po czesci. To jest akurat argument, ktory trafil do mnie, ja jestem wrazliwa na tym punkcie i na mnie ta kwestia etyki mocno dziala.
    Zdaje sobie jednak sprawe, ze nie kazdy ma to na uwadze, wiec pozostaje jeszcze aspekt zdrowotny- mleko i jego pochodne nie sa czlowiekowi w ogole potrzebne, a enzymy zawarte w mleku wlasnie sa wrecz dla czlowieka zle. Tradzik u osob doroslych, nietolerancja laktozy czy np przewlekle choroby zatok to miedzy innymi skutki takiej diety.
    Tylko problem jedzenia jest bardziej zlozony. Nie traktujemy jedzenia jako paliwa, ktore ma nam sluzyc i dobrze na nas wplywac, ale jemy, bo lubimy, bo uczucie glodu jest niekomfortowe i lubimy miec zoladki pelne pysznych rzeczy. Brakuje nam podstawowej wiedzy z dziedziny odzywiania, slowo ‚dieta’ kojarzy sie jedynie z odchudzaniem i salatkami. W glownej mierze wlasnie to prowadzi do konsumpconizmu i marnowania zywnosci, bo kto chce jesc wczorajszy obiad albo przerabiac cos raz ugotowanego na inne dania. W 5 minut zamowisz cos innego. Dopoki nie zaczniemy szanowac zywnosci, nie zaczniemy szanowac tez zwierzat, ktore zjadamy.
    Wspominasz o szczeniaczku- ja tez tak na poczatku probowalam pobudzic w ludziach jakies emocje, ale w 99,9 % konczylo sie to tym, ze taka mamy tradycje, kulture, tak zostalismy wychowani i przyzwyczajeni. No i oczywiscie kazdy, kto zabilby takiego slodkiego pieska to skurwysyn, ale cielecinka na obiad jest pyszna. Od dluzszego czasu przestalam ludzi namawiac, prosic, zeby mnie wysluchali, poogladali jakis wyklad, cokolwiek, bo zrozumialam, ze na to trzeba byc gotowym. Trzeba byc gotowym na porzadego kopniaka od zycia, ktory wybudzi nas z tej banki mydlanej, w jakiej zyjemy.
    Twoj post jest bardzo w moim stylu, robisz swoje i piszesz o swoich odczuciach bez zbednego patetyzmu (nie jestem pewna, czy takie slowo istnieje :D ). Jesli kiedys dojrzejesz do decyzji o przejsciu na weganizm, to sluze pomoca z literatura czy przepisami:) pozdrawiam serdecznie.