Wpis dodany: Lipiec 20, 2017 8:10 pm w kategorii:

Nie pamiętam kiedy ostatnio zrobiłam aż tak długą przerwę w blogowaniu – ponad półtora miesiąca minęło od daty opublikowania ostatniego wpisu. Przez ten czas kilka razy zabierałam się do pisania, ale za każdym razem brakowało mi albo energii albo inspiracji, albo po prostu moje myśli były w zupełnie innym miejscu. Cały ten rok 2017 jest dla mnie wyjątkowo intensywny. Staram się czerpać pełnymi garściami z możliwości, które nagle zaczęły się wokół mnie mnożyć. Mój już i tak ciasny kalendarz zaczął doświadczać nakładających się dat, wykreśleń, przesunięć i zmian w planach. Mimo to, to właśnie w tym chaosie czuję, że zaczynam znajdować swoją drogę.

Od września rozpoczynam naukę na politechnice w Eindhoven w ramach programu Erasmus+. Pomimo już dostarczonej tony papierów, wielu zebranych podpisów i długich godzin spędzonych w kolejce pod dziekanatem, wciąż nie zamknęłam tematu formalności. Termin wyjazdu zbliża się wielkimi krokami, więc powinnam mieć już wszystko zaklepane. Powoli zaczynam się pakować, podczas czego cierpię na dolegliwości związane z chorobą nadmiernego zbieractwa. Przez cztery lata mieszkania w Trójmieście nagromadziłam niezliczone ilości papieru w postaci notatek z zajęć, projektów w ich wszystkich fazach, książek które pomagały lub przeszkadzały mi w nauce oraz wszelkiej maści bibelotów. Z zawartości szuflad z narzędziami do pisania można by utworzyć całkiem niemały sklepik – nawet po tym jak wreszcie zrobię selekcję, które długopisy wciąż nadają się do pisania, a które jakimś cudem uniknęły śmietnika. Przeprowadzka na pół roku do miejsca znajdującego się półtora tysiąca kilometrów stąd będzie prawdziwym wyzwaniem. Ja tymczasem czuję się, jakbym wyjeżdżała na zawsze.

Ostatnie kilkanaście miesięcy mieszkałam w Gdyni. Po dwóch i pół roku spędzonych w Gdańsku, była to miła odmiana. Ciężko mi teraz ocenić, które miejsce bardziej mi odpowiadało. Wiele zależało od wynajmowanego mieszkania, właścicieli, sąsiadów. Chociaż nie raz było ciężko, nie raz miałam zbyt wiele powodów aby narzekać, to właśnie w Trójmieście zaczęłam tak naprawdę żyć. Poprzednie 20 lat, spędzone w małym miasteczku na końcu świata, mogłabym wykreślić z pamięci, nie czując większej straty. Tam, aby coś się działo, trzeba było to samemu zorganizować. Bywały wyjątki – dobrze wspominam warsztaty teatralne, w których uczestniczyłam kilka razy. Odbywające się w urokliwej wsi Mostki, łączyły ludzi z wielu miast w celu nauczenia się występowania na scenie lub poszerzenia swoich dotychczasowych umiejętności. Chociaż już wtedy zaczynałam powątpiewać, czy to aby na pewno zajęcie dla mnie, do wyboru nie było nic innego.

Potem natomiast zaczęłam naukę w Liceum Plastycznym, poświęcając średnio 4-5 godzin dziennie na dojazdy do i ze szkoły i nie mając czasu na cokolwiek poza szkołą… Chociaż – niezupełnie. Wtedy w rozkwicie były moje zainteresowania mangą i anime, naturalnie więc dołączyłam do działającego w Kielcach klubu zrzeszających fanów popkultury japońskiej. Kilka wyjazdów na konwenty, potem jeszcze więcej wyjazdów na konwenty – byle tylko starczyło na bilet na pociąg, bo na miejscu kto się przejmował jedzeniem czy noclegiem? Mimo wszystko, były to chwile. Te pojedyncze dni w kalendarzu pełnym bycia średnio szczęśliwym człowiekiem.

A potem poszłam na studia i liczba dostępnych możliwości powaliła mnie na kolana. Potrzebowałam kilku lat, aby nauczyć się rozróżniać, co jest warte mojego czasu, a co niepotrzebnie go pochłania, nie oferując zbyt wiele w zamian. Gdybym mogła cofnąć czas, pewnie zmieniłabym wiele rzeczy, dołączyła do jakiegoś bardziej zorganizowanego stowarzyszenia studenckiego niż liczne koła naukowe, nieraz rozpadające się po roku. Szukałabym możliwości uczestnictwa w warsztatach, próbowałabym swoich sił w konkursach. Trochę mniej wysiłku wkładałabym w projekty, z których i tak nie da się dostać wyższej oceny niż pięć. Został mi ostatni rok i teraz muszę się skupić na szukaniu swojej drogi po zakończeniu nauki.

Jeśli ktoś przebrnął przez trzy ostatnie akapity, pewnie zastanawia się, jaki jest cel wspominania przeszłości w takiej formie. Przez ostatnie cztery lata tak wiele się działo, że nie miałam zbyt wiele czasu na myślenie o tym, co było. A może to nowe miejsce sprawiło, że wszystko co było wcześniej przestało się liczyć. Rozpoczęłam tę szaloną przygodę bez żadnej wiedzy, co mnie czeka (nie miałam wśród bliższych znajomych zbyt wielu studentów, a studentów architektury tym bardziej), i absolutnie nie byłam pewna, czy byłam na to wszystko gotowa. Teraz sytuacja ma się powtórzyć.

Został mi ostatni rok. Trudno mi w to uwierzyć – przecież dopiero co zaczęłam ogarniać studenckie życie. Do dziś gubię się w symetrycznym układzie korytarzy Politechniki Gdańskiej. I wciąż, po tych czterech latach, nie wiem co będzie dalej. Mam za sobą osiem sesji egzaminacyjnych. Pokonałam je absolutnie wszystkie, czasem tylko douczając się na kolejne poprawki. Osiem razy dostawałam nowy plan zajęć, którego na ogół do końca semestru nie udawało mi się w pełni zapamiętać. Trzy razy żegnałam znajomych z grupy czy roku, planując spotkać się kiedyś w wakacje, co oczywiście nigdy nie wychodziło. Cztery razy biegałam z wydrukiem karty ocen i nadzieją na dodatkową gotówkę z funduszu stypendialnego, dwa razy się udało. Trzy razy uczestniczyłam w konferencji z własnym referatem i trzy razy wiązało się to z załatwianiem wszystkiego kilkukrotnie, dla pewności że wyjdzie. Chciałam brać udział w konkursach, wysyłać projekty do zagranicznych firm, uzupełniać to swoje portfolio… Na to czasu już nie starczyło. Chciałam wyjechać za granicę, uczestniczyć w warsztatach, poznawać nowe miejsca… Po czterech latach się udało.

Mam 24 lata, 6 miesięcy i czuję się starym człowiekiem. Koniec studiów to jak koniec życia, a przynajmniej koniec fantastycznej przygody, z której trzeba powrócić do szarej rzeczywistości. Do tej pory trochę krytykowałam ludzi, którzy biorą urlopy dziekańskie, powtarzają całe semestry, zmieniają kierunki po dwóch latach… Teraz im zazdroszczę, bo przed nimi o wiele więcej tego, co ja mam w większości za sobą. Niestety, każda impreza kiedyś się kończy. Trzeba będzie znowu iść do pracy, wynegocjować stawkę za którą da się utrzymać. Znajomi z gimnazjum już dawno są po ślubach, niektórzy wyposażyli się w odpowiedniej wielkości gromadkę dzieci. To zdecydowanie nie jest sposób życia dla mnie. Za bardzo cenię sobie wolność. Czy można być wolnym człowiekiem siedząc za biurkiem w korpo? Przywykniesz, mówią inni. Mam jeszcze rok, aby im uwierzyć.

Mimo wszystko, jestem przekonana, że dam radę. Wbrew obiegowej opinii, studia nauczyły mnie bardzo wiele. Przy okazji wpoiły miłość do architektury, która jeszcze parę lat temu w ogóle nie istniała. Nie wiem, co będzie dalej. Być może to mój ostatni post, który czytacie w języku polskim. Być może ostatni o zerowej wartości merytorycznej.

Spodobał Ci się ten tekst? Podziel się nim z innymi!
Share on Facebook18Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Email this to someone
  • Korzystaj z tego „beztroskiego” życia ile się da ;)

    • eV

      Zamierzam :D.

  • daromar

    Wyjazd na Erasmusa to super sprawa, polecam każdemu. Nie zawsze będzie to dokładnie ten kierunek nauki który był w kraju ale jako bonus masz prawie pewne nabycie większej pewności w używaniu języka obcego.

    • eV

      To prawda, a język jest dla mnie szalenie ważny. Angielskiego tak na dobrą sprawę zaczęłam się uczyć dopiero w liceum – wcześniej trafiałam na złe nauczycielki. W małym miasteczku nie było też innej możliwości nauki, w miejscowym domu kultury działał tylko klub taneczny. Teraz wyraźnie doskwierają mi te braki, ale staram się nadrobić. Przy okazji zaczęłam się uczyć niderlandzkiego. Czy wyjdzie – nie wiem, trochę przeraża mnie zaczynanie od zera. Uważam jednak, że warto znać chociaż same podstawy języka kraju, w którym spędzi się kilka miesięcy.

      • daromar

        Jasne że podstawy miejscowego języka się przydadzą bo jak w Holandii angielski jest bardzo popularny to na pewno trafisz na osoby które prawie angielskiego nie znają. Podstaw jesteś w stanie się nauczyć ale jeżeli większość rozmów będzie po angielsku to raczej głównie angielski będziesz szlifować.
        Ja wyjeżdżając do Portugali po portugalsku umiałem kilka słów a wracając byłem w stanie już rozmawiać na podstawowe tematy. Angielskiego używałem zdecydowanie częściej czy z innymi studentami czy profesorami na zajęciach wszędzie po angielsku no i to było widać. To bardzo pomaga w nabraniu pewności siebie w mówieniu, szczególnie że byłem jedynym polakiem i nie miałem wyjścia musiałem mówić po angielsku czy portugalsku no bo polski jednak nie jest zbyt popularny :)

        • eV

          Prawda. Wszystkie zajęcia będę mieć po angielsku, więc naturalnie to ten język będzie dominował. Nie wiem, czy w grupie będę mieć innych Polaków – z mojej uczelni jestem tylko ja, ale zawsze mogę spotkać kogoś z Warszawy, Krakowa czy Wrocławia. Myślę, że to raczej nieistotne. Byłam ostatnio na kursie w Belgii i też nie było innych Polaków, co pewnie wyszło mi językowo na dobre :). Język kraju natomiast na pewno przyda się w sklepie, w miejscach publicznych, w social mediach :).

          • daromar

            Masz tam jakiś kurs holenderskiego? Bo to będzie znacznie skuteczniejszy sposób nauki niż samemu.

          • eV

            Wydaje mi się, że powinien być, ale na razie nie mam żadnych informacji. Na ogół chyba uczelnie oferują Erasmusom kursy języka lokalnego. Wiem, że u mnie, na PG, był kurs polskiego.

  • Studia były dla mnie ciekawym czasem, jednak jeśli miałbym znowu wrócić do nich, to już bym tego nie zrobił :) Wolę jednak zarabiać i nie martwić się o kasę niż uczyć się i wiązać koniec z końcem

    • eV

      Czyli wolisz stabilność. Ja coś czuję, że będę tęsknić nawet za wiązaniem końca z końcem :D.

      • Swojej obecnej sytuacji życiowej w żadnym wypadku nie określiłbym jako stabilnej :D

        • eV

          Nawet porównując do czasów studiów?

  • Pracę magisterską obroniłam półtora miesiąca temu. Czas studiów się skończył i nie masz pojęcia, jak bardzo stresowałam się zmianami (mogę podesłać linka do całego wpisu na ten temat). Ale od miesiąca wiem, że moje życie wcale się nie skończyło, a tak naprawdę zaczął się nowy, inny i bardzo ekscytujący czas w moim życiu. Wykorzystaj więc ostatni rok studiów i naprawdę nie żałuj potem niczego.
    W poniedziałek spotkałam się z koleżanką ze studiów i zauważyłyśmy, że trzeba cieszyć się z aktualnego stanu rzeczy. Nawet, jeśli ona właśnie zerwała z chłopakiem, z którym była od 5,5 lat. Zmiany bywają trudne, ale przy dobrym nastawieniu zawsze wyjdą na dobre.
    Powodzenia!

  • Ana

    Moja praca jest trochę jak korpo i powiem Ci, coś w tym „przywykniesz” jest. Nadal jestem wolnym duchem, nie wyobrażam sobie zamknięcia w domu tylko do gotowania obiadków i sprzątania, lubię podróżować, ale jak tak wracam sobie czasem po nadgodzinach i pomyślę, że mogłabym być gdzieś indziej, wracać do domu nawet godzinami, komunikacją miejską… nie, wolę moją Prowincję i 15 min bez korków do pracy :) Co prawda, wszędzie stąd daleko, ale tak szczerze: ile osób poza pracą i zwykłymi obowiązkami codziennie pozwala sobie na jakieś atrakcje ekstra typu kino, teatr, impreza, koncert, mecz itp. itd.? No właśnie. Praca – zakupy – dom. Ale na studia do Kortowa wróciłabym bardzo chętnie – oj, to były jednak piękne czasy! Inne, bo bez zbędnych obowiązków, ale… ile można studiować? ;)

    • eV

      Mnie właśnie taka monotonia zabija. Praca-zakupy-dom. Kiedy ludzie zaczynają szukać przyjemności w konsumpcji, bo nie starczy im czasu na cokolwiek innego. Ja wiem, że potrzebuję wrażeń. Czy to dodatkowy wykład gościa z innego miasta czy kraju, czy to siedzenie w bibliotece do późnej nocy, czy basen zaraz po zajęciach. Dlatego kocham studia i dlatego uwielbiam mojego Erasmusa. Praktycznie codziennie się coś dzieje – a jeśli nie, to zawsze coś sobie zorganizuję. Pomimo planu lekcji, każdy dzień wygląda inaczej. Pracowałam już nie raz, także na pełen etat. Czułam wtedy, że jakaś część mnie powoli umiera. Że powinnam być w zupełnie innym miejscu, poznawać świat, korzystać z życia. Jestem idealnym przykładem „roszczeniowego millenialsa”. Nie zostałam stworzona do klepania zadań aby ktoś na mnie grubo zarobił. Nie potrzebuję luksusów, obiadów w restauracji, nowych ubrań czy kosmetyków. Potrzebuję wolności i celu. Potrzebuję możliwości rozwoju i zwiększania wiedzy. Potrafię znaleźć szczęście w robieniu projektów, pisaniu prac naukowych, nawet w żmudnej nauce. Jeśli życie pozwoli, chciałabym zrobić trzeci stopień studiów.

      • Ana

        Wierz mi: ja też należę do osób, które potrzebują wrażeń. Częściej lub rzadziej, ale nawet bardziej od powietrza. Jeden dobry koncert lub mecz daje mi powera na długo. Na studiach czy zaraz po nich nie potrafiłam nawet sobie wyobrazić, że będę funkcjonować na Prowincji, z dala od wielu możliwości, które – wydawało mi się – odległość od większych miast zabiera. Ba! Nawet sobie nie wyobrażałam, że znajdę pracę w zawodzie gdzieś poza stolicą! I nawet na początku pracy zawodowej dawałam sobie 2 lata na poszukanie kolejnej pracy, gdzieś w większym mieście. Tymczasem minęło ponad 5 lat, a po rozmowie z koleżanką ze studiów stwierdziłam, że jestem we właściwym miejscu. Na urlop mogę jechać, gdzie chcę. W pracy najbardziej lubię te dni, gdy nie muszę siedzieć za biurkiem. Niby wiem, czego mogę się spodziewać, a tak naprawdę moja praca codziennie zaskakuje. Pozwala mi na kontakt z ludźmi – coś, co uwielbiam. Wykorzystuję dni wolne na wolność: wyjazdy, koncerty, mecze, rozwój, poszerzanie wiedzy – odległość już nie robi na mnie wrażenia. Bo mogę ją pokonać – czy to 10 km, 100 czy 500 km. Planuję odskocznię w postaci konkretnej podyplomówki, bo w życiu przyda mi się nie stopień, a wiedza i umiejętności. Przywykłam do czegoś, czego tak naprawdę nie chciałam, a chyba jednak bardzo polubiłam. Mimo że zwykle to praca – dom – praca – dom – zakupy – weekend :)