Wpis dodany: Marzec 26, 2018 2:01 am w kategorii:

Pewnie nie uwierzycie, ale przez te grube cztery miesiące, kiedy nic nie pojawiało się na tym blogu, nie było dnia abym nie myślała o kolejnym wpisie. Ten czas był jednak tak intensywny, że jak tylko zaczynałam opisywać ostatnie wydarzenia, refleksje, obserwacje… miałam wrażenie, że tylko głaskam każdy temat, pomijając jego esencję. Szczególną trudność sprawia mi podsumowanie roku 2017, które jak dotąd doczekało się kilku wersji, z czego ani jednej satysfakcjonującej. Ani jednej, która w pełni oddałaby to, co wydarzyło się w ciągu ostatniego roku.

Semestr na Erasmusie to nie tylko nowe miejsce, nowi ludzie i kultura. To także ogromna nawałnica przemyśleń. To prawdziwe doświadczanie różnic kulturowych, zderzenie się z totalnie nowym światem. To nieustanne porównania – krajów, doświadczeń, możliwości. To myślenie o teraźniejszości, przyszłości ale i przeszłości. To, z jednej strony, żal, że dorastało się w beznadziejnych warunkach, co będzie owocować zawsze. To, z drugiej strony, szczęście że dostało się możliwość doświadczenia życia i studiowania we wspaniałym środowisku – radość, która okazjonalnie tylko zmienia się w smutek, kiedy do głowy wpada tzw. Impostor syndrome i poczucie, że nie się nie zasłużyło na tę przygodę. Te wszystkie myśli giną jednak w natłoku wrażeń, kumulowanych z powodu limitu czasu. Chciałam skorzystać z tego wyjazdu na 200%, uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach, organizować każdy dzień jakby jutro nie miało nadejść.

W końcu jednak ten czas minął. Powiedziałabym, że od teraz czeka mnie życie na kulturalno-edukacyjnym kacu, gdyby nie to, że tak naprawdę to dopiero początek przygód. Tak naprawdę to już nigdy nic nie będzie takie jak dawniej. W końcu to mój ostatni semestr studiów magisterskich na Politechnice Gdańskiej. Teraz czeka mnie egzamin, oddanie projektu, w międzyczasie praktyka i wreszcie – obrona przed komisją. Te kilka stałych punktów w kalendarzu stanie się tylko odniesieniami do pozostałych akcji, licznych wyjazdów, godzin spędzonych w autobusie czy na lotnisku. Wróciłam do Gdańska, ale nie wróciłam do domu. Moja definicja domu rozpadła się na kawałeczki, a obecność w tym mieście trudno mi traktować inaczej niż jako dłuższą wycieczkę. Podróż, aby spotkać się z promotorem, pozałatwiać formalności, a potem wrócić do bliżej nieokreślonego miejsca, w którym będę czuć się bezpieczna i szczęśliwa.

Wciąż nie mogę określić mojej relacji z Polską i patriotyzmem. Do tej pory wierzyłam, że patriotyzm sam w sobie nie jest zły, a nacjonaliści tylko przywłaszczają sobie to określanie, adaptując je do własnej filozofii. Coraz bliżej mi jednak do twierdzenia, że patriotyzm jednak z założenia prowadzi tylko i wyłącznie do zła, inspirując do działań przeciwko integracji kulturowej. Poza tym, dlaczego miałabym darzyć większym uczuciem dany kawałek świata tylko dlatego, że jakimś przypadkiem akurat na nim się urodziłam? Rozumiem, że chodzi o kulturę, wspomnienia związane z danym terenem, czy nawet jego zasoby które podczas swojego życia zdążyłam wykorzystać. Może powinnam być wdzięczna? Chyba nie będę.

Jestem i chcę być osobą mobilną, nie przywiązaną łańcuchem do żadnego miejsca, a jeśli już miałabym się gdzieś zadomowić na stałe, niech to będzie kraina wybrana przeze mnie ze względu na jej walory, komfort życia i piękno. Polska natomiast powoli staje się miejscem, w którym już można tylko protestować. Podstawowe prawa człowieka odbierane są jedno po drugim, miasta duszą się w smogu, ceny żywności równają się z tymi na Zachodzie, podczas gdy płace nie pozwalają ludziom wytrwać od pierwszego do pierwszego. Mogę wychodzić na ulice za każdym razem, raz ze świeczką, raz z wieszakiem… ale życie mam tylko jedno. W tym jednym życiu chcę być szczęśliwa, a teraz już wiem, że szczęście istnieje.

Na koniec tego krótkiego wpisu chciałabym tylko odpowiedzieć na kluczowe w tym momencie pytanie: co się będzie działo dalej z tym blogiem? Na pewno będę potrzebować silnego impulsu, aby wrócić do regularnego pisania. Ten blog powstał ponad osiem lat temu, a założyła go zupełnie inna osoba niż ta, którą teraz jestem. Pomimo tego, że coraz więcej osób odwiedzało moją stronę, droga jaką obrałam zaczęła zniechęcać mnie do pisania. Chciałam, aby każdy wpis był bardzo konkretny i bogaty w informacje, jak porządny artykuł z dobrej gazety. Zabrakło w tym jednak mnie i tego indywidualizmu, który tak naprawdę stworzył tego bloga. Szykujcie się na naprawdę duże zmiany. To trochę potrwa, ale będzie tego warte.

Spodobał Ci się ten tekst? Podziel się nim z innymi!
Share on Facebook3Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Email this to someone