Wpis dodany: Styczeń 3, 2019 9:01 pm w kategorii:

W przedostatnim wpisie zapowiadałam, że w 2019 roku zamierzam stworzyć swój własny kalendarz. Nie rozwinęłam jednak dokładniej tej myśli, więc część czytelników tego bloga mogłaby pomyśleć, że zamierzam kalendarz zaprojektować i oddać do druku. Nic z tych rzeczy! Ponieważ zależy mi na papierze, jakości i wyjątkowości, kalendarz wykonałam zupełnie własnoręcznie, wykorzystując tradycyjne metody i kilka autorskich tricków. Było to niezwykle pasjonujące zajęcie, które pozwoliło mi nadrobić zaległości w świecie materiałów papierniczych oraz nauczyć się czegoś nowego. Jak wyszło? Zapraszam do przeczytania tego wpisu.

Zacznę od tego, że układ stron, który zaprojektowałam, jest w stu procentach oparty na moich osobistych potrzebach i wypracowany w ciągu wielu lat prowadzenia kalendarzy i plannerów. Zawiera dokładnie tyle informacji, ile potrzebuję i każdy element ma rozmiar dobrany pod moje metody planowania i notowania.

kalendarz wykonany wlasnorecznie

Notes

Tegoroczny kalendarz / planner / bullet journall czy jakkolwiek powinnam nazwać ten niezwykle użyteczny twór, zorganizowałam w notesie firmy Semikolon z serii Grand Voyage, w limitowanej kolekcji Monstera. Tak jak wcześniej nie znałam tej firmy, tak od razu doceniłam niesamowitą jakość papieru i wykonania, wygodny rozmiar (trochę krótszy od A5) oraz dużą liczbę stron – według opisu 272, jednak po podliczeniu ich liczba przekroczyła 300. Nie wiem, jak interpretować ten fakt. Notesy są ręcznie szyte, więc mój mógł dostać taką pozytywną „wadę” produkcji.

kalendarz wykonany wlasnorecznie

Notes ma kilka dodatkowych elementów, których bardzo brakowało mi w Nuunie – gumki spinającej całość oraz niewidocznej na zdjęciu pętelki na ołówek, który będzie oczywiście zastąpiony długopisem albo piórem. Notes ma czyste kartki, co mogłoby wydawać się wadą – w końcu obecność kropek czy kratki sprawia, że notatki są równe i estetyczne… Dla mnie jednak daje to wolność – swobodę korzystania z takiej wielkości tekstu, jaka mi się podoba i organizowania go w dowolny sposób. Myślę, że podczas tego roku docenię te możliwości.

Projekt

Zanim usiadłam z rozłożonym przed sobą notesem, stworzyłam projekt w programie Affinity Publisher. Jest to alternatywa dla drogiego oprogramowania Adobe InDesign, a obecnie program można ściągnąć za darmo w wersji Beta. Dla mnie jest on zupełnie wystarczający, niezwykle intuicyjny i ogólnie wspaniały. Każdemu zdecydowanie polecam!

Szczególnie ważne było dla mnie zorientowanie się, ile stron w notesie zajmie kalendarz i ile pozostanie na luźne notatki. Zależało mi na jak największej przestrzeni pozakalendarzowej, jednak chciałam mieć też odpowiednio dużo przestrzeni na codzienne notatki i przemyślenia. Przetestowałam kilka różnych opcji, sprawdzając jaką część notesu zajmie mi kalendarz w każdej z nich. W końcu wybrałam wersję zabierającą około połowy notesu. Tak przygotowany projekt wydrukowałam i umieściłam jako wzór pomiędzy stronami notesu.

Choć ostatecznie układ niektórych elementów się zmienił, główna idea wynikająca z projektu pozostała zgodna. Oczywiście czystość i minimalizm wersji elektronicznej zniknął wraz z użyciem brudzących pieczątek, jednak rozkład przestrzeni pozostał mniej więcej taki sam.

kalendarz wykonany wlasnorecznie

Okładka miesiąca

Okładka miesiąca to strona zbiorcza, na której pojawią się ogólne notatki dotyczące zadań zaplanowanych na ten miesiąc oraz monitorowania postępu. Dawno, dawno temu myślałam, że w każdym kalendarzu na początku miesiąca powinno się zawsze znaleźć zestawienie dni z miejscem na notatki do każdego dnia. Tworząc taką stronę w zeszłorocznym BuJo, niemal za każdym razem zauważyłam że prawie w ogóle z niej nie korzystam. Szukając informacji kartkowałam kolejne tygodniówki, zapominając że być może szybciej byłoby coś umieścić na tego typu stronie. Skoro się nie sprawdziła, nie tworzyłam jej w tegorocznym kalendarzu.

Co za to się znalazło na okładkach miesięcy? Kalendarzyk na dany miesiąc oraz miesiąc kolejny, miejsce na notatki oraz coś a’la Project plan. Ostatni element jest dla mnie szczególnie ważny, ponieważ pozwala dostrzec, które zadania lub cele zostały zaniedbane. Kolejne rzędy będą opisywały bardzo luźno dane akcje, np. „sport” (w co wlicza się zarówno siłownia, basen jak i chodzenie po górach), „niemiecki” (nauka z appki, zajęcia z nauczycielem czy konieczność wykorzystania języka) itp. Jeśli różne akcje dają podobny efekt lub ich cel jest ten sam, nie ma sensu się rozdrabniać.

W celu zminimalizowania project plannera, nie ma w nim nazw poszczególnych dni tygodnia a jedynie numer danego dnia w miesiącu. Pionowa kreska sygnalizuje początek tygodnia, dzięki czemu łatwo zrozumieć, który dzień tygodnia wypada w danym momencie plannera.

Po prawej stronie okładki miesiąca pozostaje miejsce na ilustrację albo naklejki czy dowolny inny element. Pełna swoboda zapełniania dostępnego miejsca.

kalendarz wykonany wlasnorecznie

Tygodniówka

Po przetestowaniu bardzo wielu układów tygodniówek zdecydowanie zwróciłam się ku jednej konkretnej – zestawieniu dni roboczych po lewej stronie i weekendu po prawej, aby co najmniej pół strony pozostało na notatki dotyczące całego tygodnia. Szczerze mówiąc, nienawidzę kolumienkowych układów tygodniówek, występujących w kalendarzach chyba najczęściej. Kiedy jedno krótkie zdanie musi zajmować osiem linijek, a dłuższe słowa trzeba rozdzielać myślnikiem, coś się wewnątrz mnie skręca. W bardziej horyzontalnej formie praktycznie każda notatka powinna się zmieścić w linijce, dwóch, maksymalnie trzech. W ten sposób zapiski na dane dni stają się bardzo czytelne i wygodne.

Poza tym, na tygodniówce nie potrzebuję niczego więcej. Numer strony i nazwa miesiąca i to wszystko. Zdecydowanie nie zamierzam tworzyć specjalnych trackerów, planów posiłków czy zestawień wydatków na każdy tydzień. Ponieważ moje życie jest bardzo nieregularne, każdy tydzień rządzi się swoimi prawami. Pusta przestrzeń może być wypełniona zupełnie każdego rodzaju notatkami czy schematami, szkicami.

kalendarz wykonany wlasnorecznie

Proces tworzenia

Etap pierwszy – pieczątkowy

Zanim przystąpiłam do pracy, zebrałam dostępne materiały, widoczne na zdjęciu poniżej i dokładniej opisane w dalszym tekście.

kalendarz wykonany wlasnorecznie

  1. notes Semikolon
  2. pieczątki z małymi literkami i cyferkami z Tigera – dwa zestawy, umieszczone w małym piórniczku również z Tigera, później naklejone na opakowanie tak zwanej masy mocującej, albo inaczej adhesive pastilles z Auchana
  3. pieczątki z literami – Tiger
  4. pieczątki z cyframi – Aliexpress – co ciekawe, są one praktycznie tej samej wielkości co pieczątki z Tigera)
  5. dwa zestawy stempli silikonowych oraz bloczki akrylowe do ich wykorzystania – Aliexpress oraz Amazon
  6. rozmaite tusze – jeden gorszy od drugiego, a połowa nadająca się wyłącznie do uzupełnienia worka wędrującego na śmietnik. Gdybym miała robić kalendarz zupełnie od nowa, nie używałabym żadnego tuszu poza Pelikanem – tylko ten jeden nie brudził, dawał wyraźny i widoczny kolor pieczątki, był łatwy do nałożenia a same pieczątki po użyciu były praktycznie czyste – w przeciwieństwie do pozostałych tuszy, które dawały mierne efekty, za to niesamowicie brudziły pieczątki w sposób trwały
  7. przezroczysta linijka w kratkę – mam ją już dobre lata i ją uwielbiam, kupiona prawdopodobnie w Kauflandzie
  8. nóż
  9. taśmy washi – 10 sztuk ze sklepu TEDi i 7 z Tigera

Zanim przystąpiłam do wprowadzania nieodwracalnych zmian w zeszycie, zaznaczyłam delikatnie ołówkiem na każdej stronie jedną istotną informację. W przypadku okładek miesiąca była to nazwa miesiąca gdzieś na środku prawej strony, a w przypadku tygodniówek numer dnia występującego w poniedziałek. Ta drobna wskazówka nieraz uratowała mnie przed pomyłką, zgubieniem jakiegoś tygodnia albo powtórzeniem dnia.

Pierwszą czynnością, która zajęła mi chyba najwięcej czasu, było ponumerowanie stron. Do tego celu posłużyły mi pieczątki z Tigera. Numery wyszły większe niż się spodziewałam, jednak prezentują się one całkiem ładnie. W podobny sposób nadrukowałam nazwy miesięcy na górze każdej strony.

kalendarz wykonany wlasnorecznie

Następnie, wykorzystując te same pieczątki, umieściłam nazwy dni tygodnia. Tutaj musiałam pilnować, w którym momencie tygodnia kończy się i zaczyna każdy miesiąc, aby nie stworzyć niepotrzebnie „trzydziestego drugiego”.

kalendarz wykonany wlasnorecznie

Przydatne tricki na tym etapie to umieszczenie wszystkich literek na masie adhezyjnej, w sposób alfabetyczny i od razu po wycięciu każdej z nich z zestawu. W przeciwnym razie odnalezienie właściwej literki może graniczyć z cudem, a prędzej doprowadzi do licznych błędów i ostatecznej rezygnacji. Drugą poradą jest przygotowanie kartki „na brudno” to odbicia każdej złożonej pieczątki w celu sprawdzenia, czy literki aby na pewno są ułożone poprawnie. Wbrew pozorom, łatwo pomylić „d” z „b” kiedy cały wyraz trzeba układać na opak.

kalendarz wykonany wlasnorecznie

Na powyższym zdjęciu wyraźnie widać jak tani i beznadziejny tusz brudzi pieczątki – tak jak większość z nich była używana z pokazanym na drugim zdjęciu Pelikanem, tak kilka wykorzystałam jeszcze z tanim czarnym tuszem w kosteczce i w efekcie na stałe przebarwiły się na czarny kolor. Porada dla Was – nie kupujcie tanich tuszy, weźcie od razu Pelikana lub podobny.

W kolejnym kroku nakleiłam taśmy washi, wyróżniające poszczególne miesiące. Wtedy też wpadł mi do głowy pomysł, aby zróżnicować miesiące kolorystycznie, czego żałuję do dziś.

kalendarz wykonany wlasnorecznie

Naklejając tasmy, pozostawiłam na dole niewielkie zawinięcie, ułatwiające późniejsze znalezienie konkretnego miesiąca.

W sumie mam dwa zestawy jednokolorowych taśm washi – jedne z Tigera, a drugie z TEDi. Choć na pierwszy rzut oka wydawały się identyczne jakościowo, te pierwsze okazały się dużo gorsze. Łatwiej urywały się w „nieproszonych” miejscach i gorzej przyjmowały użyty na nich długopis (nie pokazane w poście), rozmazując go i nie wchłaniając poprawnie.

W kolejnym kroku przeszłam do pieczątek silikonowych. Mając dwa zestawy do wyboru, odbiłam je oba aby porównać i wybrać ładniejszy.

kalendarz wykonany wlasnorecznie

Po odbiciu nie miałam wątpliwości, że zestaw drugi jest o wiele ładniejszy od pierwszego i to jego chcę wykorzystać w swoim kalendarzu. Wtedy pojawił się jednak problem – tydzień zaczynający się od niedzieli. Dokonałam więc „operacji chirurgicznej”, obcinając górną część stempla, odcinając niedzielę z przodu i przyklejając ponownie z niedzielą na ostatnim miejscu.

kalendarz wykonany wlasnorecznie

Na załączonym obrazku widać wyraźnie różnicę pomiędzy dobrym i złym tuszem – fioletowy jest ledwo widoczny, natomiast pieczątka pozostaje brudna i trudna do wyczyszczenia.

„Kalendarzyki” odbiłam także na początku notesu, w ramach kalendarza rocznego. Do nazw miesięcy ponownie wykorzystałam pieczątki z Tigera.

kalendarz wykonany wlasnorecznie

Kolejnym elementem w tym etapie było wykorzystanie dużych pieczątek do umieszczenia numerów dni oraz nazw miesięcy. Zrozumiałam wtedy, że jest to możliwe tylko z wykorzystaniem trzech tuszy – zielonego Pelikana, czarnej taniej kostki która koszmarnie brudziła stemple (oraz strony notesu, przebijając tam gdzie nie powinna) oraz czerwonej kostki, przy której musiałam się nieźle namachać aby znaki odbijały się w sposób dostatecznie widoczny, nie raz odbijając ponownie w ramach poprawki.

kalendarz wykonany wlasnorecznie

Na koniec, postanowiłam użyć stempli do stworzenia jednej z najważniejszych części kalendarza – Project planu, czyli tabelki z rzędem dni każdego miesiąca oraz linijkami do umieszczenia konkretnych celów. Wypisywanie kolejnych dni jest na ogół męczące i zawsze wychodzi krzywo. Pieczątki z Tigera były niestety zbyt duże do tego celu. Wykorzystałam więc odrzucone wcześniej kalendarze silikonowe – tę brzydszą wersję. Jeden z nich pocięłam na rzędy liczb i umieściłam je na bloczku akrylowym w jednej linii. Ze względu na wielkość bloczku, potrzebowałam aż trzech jego długości aby zmieścić ciąg od 1 do 31, jednak efekt wyszedł co najmniej zadawalający.

kalendarz wykonany wlasnorecznie

 

Etap drugi – mazakowy

kalendarz wykonany wlasnorecznie

Materiały:

  1. notes Semikolon
  2. zakreślacze Faber-Castell, Donau i edding’345
  3. cienkopisy uni-ball Signo DX 0.38
  4. przezroczysta linijka w kratkę
  5. gumka chlebowa do starcia notatek zrobionych na samym początku procesu

Drugi etap składał się z drobnych wykończeń i mniej istotnych elementów, ale wciąż chciałam wprowadzić kilka poprawek.

Pierwszą z nich było dokończenie project planu, czyli dorobienie linijek za pomocą zakreślaczy pasujących do koloru miesiąca oraz rozdzielenie pionową linią poszczególnych tygodni. Pierwsza część pokazała mi, jak różnie mogą zachowywać się mazaki różnych firm przy tym samym zadaniu. Po raz kolejny zawiodłam się na zakreślaczach Faber-Castell, które pomimo przepięknych kolorów były zbyt mokre i rozlewały się i rozmazywały. Już wcześniej zorientowałam się, że bardzo rozmywają one długopis, nawet już wyschnięty, jednak ich kolory zawsze nadrabiały to w moich oczach. Dużo lepiej zachowują się mazaki Donau, kupione kilka lat temu w zwykłym supermarkecie. Moim największym skarbem jest jednak pojedynczy, szary edding’345, kupiony na Amazonie w poczuciu palącej potrzeby posiadania szarego zakreślacza.

Długopisami uni-ball Signo DX 0.38 wykonałam linie pionowe w project plannerze oraz linie oddzielające nazwy dni tygodnia od treści notatek. Uwielbiam te cienkopisy za ich wyrazisty kolor, nieprzerywanie oraz miękkość pisania. Tutaj jednak w roli głównej stanęła linijka w kratkę, dzięki której utrzymanie równoległości linii było szybkie i wygodne.

kalendarz wykonany wlasnorecznie

 

Efekt końcowy

Napisałabym, że kalendarz został skończony i teraz każdy może podziwiać efekt poświęcenia kilku wieczorów i wcześniejszych łowów w Tigerze, na Amazonie czy Aliexpress. Jednak to nie jest koniec! Dzieło będzie skończone dokładnie za rok, kiedy wyjmę z szuflady notes na rok 2020, kupiony prawdopodobnie pół roku wcześniej, idealny w każdym fragmencie, a mimo to różny od obecnego, niby równie idealnego. Wtedy notes ten, pełen wspomnień, rysunków, przemyśleń, cytatów, notatek, naklejek i bazgrołów zamknę, dopiero stanie się tworem ukończonym. Mam nadzieję, że do tego czasu będzie mi wiernie towarzyszył, znosząc ciasne plecaki, rozlane mazaki i 365 nowych okazji w życiu!

kalendarz wykonany wlasnorecznie

Spodobał Ci się ten tekst? Podziel się nim z innymi!
Share on Facebook8Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Email this to someone
  • Widać, że poświęciłaś wiele energii, Ale notes, mimo trudności z pieczątkami i mazakami, prezentuje się rewelacyjnie u jest typowo dostosowany do Twoich potrzeb. Koniecznie daj znać na koniec roku, jak się sprawdził.

    • eV

      Dzięki! Myślę, że to bardzo dobry pomysł. Jak się notes zmienił i jak się sprawdził taki układ kalendarza. Na pewno wyjdzie z tego długa notka :D.

  • Łaaaa!
    Kalendarz fajny!
    Ale mnie bardziej zainteresował Publisher. Ja wiem, że mogę go przetestować sam, tylko nie bardzo mam czas.
    Dlatego zapytam Ciebie. Czy mając InDesigna CS6 warto się zainteresować Publisherem? Ma coś, czego nie ma Indesign, czy jednak jest to tylko ciekawostka dla tych, którzy InDyka nie mają i nie chcą pakować się w Adobe CC?

    • eV

      Jeśli masz InDesigna CS6 na stałe, czyli nie w subskrypcji, to osobiście bym przy nim została. Nie ze względów na funkcjonalność jednego czy drugiego programu, a na popularność. Współpracując z innymi, przesyłając sobie nawzajem pliki, jednak częściej się spotkasz z używaniem popularnego od dawna InDesigna. Nawet przy wysłaniu projektu do druku format indesignowy może być przydatny.
      Jeśli chodzi o przydatne funkcjonalności Publishera, to jedna konkretna bardzo bije na głowę ID – jest to możliwość otwarcia PDFów, które są wtedy edytowalne więc łatwo wprowadzić jakieś poprawki. Adobe wolało do tego stworzyć osobny program, Acrobata Pro, który oczywiście jest świetnym narzędziem, ale nie wszystko da się w nim zrobić.
      Poza tym, Publisher jest mega intuicyjny – bardzo podoba mi się praca na sekcjach stron – nigdy nie robiłam tego w InDesignie. Pewnie się dało, ale taka opcja nie była na wierzchu, więc nie miałam okazji spróbować. Publisher jest bardzo intuicyjny, wygodny. Tak jak w InDesignie zawsze irytowały mnie niewspółpracujące maski, tak tutaj umieszczanie obrazków czy innych elementów jest po prostu wygodniejsze.
      Warto jednak pamiętać, że to wciąż wersja beta. Ma dużo mniej możliwości niż InDesign – chociaż z biegiem czasu będzie się to powoli zmieniać. W nowej wersji można na przykład już dodać automatyczny spis treści, co jeszcze parę miesięcy temu było dopiero w planach. Oczywiście wszystkie najważniejsze funkcje składu dokumentu są dostępne, brakuje głównie tych, których i tak nie używałam.
      Podsumowując, zainteresować się warto, bo to bardzo wygodny program, ale do celów profesjonalnych pozostałabym przy już posiadanym InDesignie. Nawet jeśli Publisher spełniłby w całości Twoje oczekiwania, warto pamiętać że to nowy program, jeszcze nie popularny i niekoniecznie wszędzie wspierany.
      A poza tym, to chciałam Ci podziękować, bo to Ty poleciłeś mi kiedyś Affinity i to naprawdę w jakimś stopniu zmieniło moje życie :).

      • Ja poleciłem Affinity? Heh, jak to historia zatacza koło :)
        Sam niedawno kupiłem Photo na Macbooka (na PC sobie odpuściłem, bo mam przecież pakiet Adobe) i działa fajnie, chociaż muszę się jednak trochę przestawi mentalnie z Photoshopa.
        Za to do samych zdjęć zdecydowanie polecam Luminara (niedawno opisywałem) i Aurora HDR (recenzja już w poniedziałek).
        Co do Publishera, to faktycznie edycja PDFów jest ciekawa, ale to chyba za mało, żebym się przesiadał, zwłaszcza zawodowo. Poczekam jeszcze trochę, aż dogoni InDesigna w podstawach, przynajmniej moją wersję CS6 :)

        • eV

          Wydaje mi się, że Photo jest najgorszą częścią tej trójki i osobiscie wciąż brakuje mi w nim bardzo wielu opcji z Photoshopa. Ale przy prostych działaniach się sprawdza i nadrabia genialnymi pędzlami. Dzięki za polecenie programów do zdjęć, chyba mi czegoś w tym stylu brakowało kiedy zrezygnowałam z Photoshopa :).

          • Tak, wiele mu brakuje, dlatego do pracy go nie używam, co najwyżej do prostych rzeczy, które czasami robię na laptopie.

            Co do programów do zdjęć, to pamiętaj, że to raczej odpowiedniki Lightrooma, więc nie zaingerujesz w zdjęcia jak w Photoshopie. Za to wywołasz RAWy, i nadasz zdjęciom ciekawy wygląd. Na pewno są wolniejsze w działaniu niż PS i LR, ale ta cena… :)

  • Jest genialny! Uwielbiam to, jak wyglądają te stemple z datami – świetny pomysł!

  • Super to zrobiłaś! Podziwiam, ile czasu i poświęcenia w to włożyłaś :) Na pewno będzie się super z niego korzystało.